Super Moc.

Alkohol, to taka potęga,

Co zmienia stabilność człowieka,

Miast go postawić na nogi,

Ćwiartuje, huśta i sieka.

Ofiara już rozbujana

Przemawia w kilku językach,

Wtedy potrzebny translator,

By się z przekładem borykać.

Śmiertelnik na rauszu rzeczonym,

Ma obraz świata podwójny,

On jeden wie doskonale,

Czym staje się gwóźdź do trumny.

Istnieje wszak jedna zaleta,

Wręcz super moc jest nadana,

Pod wpływem magicznej cieczy,

Osobnik chodzi po ścianach.

Więc na jaw teraz wychodzą,

Fakty gorzkie i smutne,

Że każdy super bohater

Ratuje ludzkość po wódce.

Wyznanie jedynaka.

Od kiedy pamiętam, to nie wiem…

Lecz zawsze wielbiłem tę liczbę jeden,

Zaczęło się w czasach młodości,

Poszedłem do szkoły – na Jedności.

Choć byłem skarbnikiem i znałem zaimki,

Z budy wyniosłem same jedynki.

Studia – wiadomo – szansy znikomej,

Więc pomyślałam: „ Raz jeden coś olej”.

Pracę znalazłem bez wprawy, zawodu,

Wynagrodzenie – jedynka z przodu.

I jakoś trwałem tak do pierwszego,

Wiedziałem, że starczy i żyłem tą wiedzą.

Lata mijały, egzystowałam sam, jeden,

Marzyłem, by w końcu poznać kobietę.

Chodziłem po barach, po dyskotekach,

Wszędzie widziałem w parach człowieka.

Jak w tej piosence, co Sidney nawinął,

Chciałem otwierać wino z dziewczyną.

A, że wakacje i wszyscy się pieprzą…

Postanowiłem wziąć pierwszą lepszą.

Zatem znalazłem jedyną, co skora,

Będąc prawiczkiem – upchnąłem pisiora…

To był raz pierwszy i chyba ostatni,

Jako jedyny – mam pięcioraczki.

Lingerie.

Napisała Pani B.,

Że bieliznę damską chce.

Zwiewną nieco, na dni letnie.

Koronkowa? Byłoby świetnie.

Czy frywolna? Wdzianko skąpe!

A najlepiej, gdyby komplet.

Halka krótka? Bardzo proszę!

Takie lubię, co dzień noszę.

Niech mnie Pani źle nie widzi…

A majteczki? Stringi, figi??

Jaki kolor? W sumie zwisa…

Byle z dziurką na penisa!

Można?

We wsi niedużej,

Kilometr od Krosna,

Dyndała w kroczu

Pokaźna moszna.

Właściciel znany,

Z uwagi na rozmiar,

Imienia dwa dano:

Bożydar Radosław.

Tak – dar to boży,

A żona radosna,

W jej rękach spoczywa,

Kulka rozkoszna…

Wszak razu pewnego,

(To była wiosna),

Na drodze szczęścia,

Stanęła sosna.

Weszła jak w masło,

I zaczął się koszmar,

Spuchła fatalnie.

Niewinna moszna.

Właściciel – sknera

Chcąc szybko, po kosztach.

On samoistnie,

Tej mosznie sprosta.

Okłady robił

W rumianku i octach,

Niestety dalej,

Moszna mu rosła.

Zaczęła pęcznieć,

Rwać – bezlitosna!

Chociaż agresji

Nie było poszlak.

Dla żony nie kłopot

Ów bańka miłosna,

Od Radosława,

W pizdu nie poszła.

I teraz każda

Stara zazdrosna,

Chce by jej chłopu

Też spuchła moszna.

Więc we wsi niedużej,

Kilometr od Krosna,

Na każdym kroku,

Stanęła sosna.

Medal i on.

Zaprojektowałam medal,

Odznakę dla zwycięzcy,

Zwycięzcą jest ten,

Kto zwyciężył pierwszy:

Pierwszy pokochał

Zwierzęta świata,

I światu pomógł,

I pomaga nadal.

Nadaje głos,

Ważniejszym sprawom,

Sprawnie dryfuje

Między snem a jawą,

Jawnie wyklucza

Zło i zła przeciek,

Czynnie i dumnie,

Jest dobrym człowiekiem.

A medal wygląda,

Jak kula ziemska,

Aby pamiętać,

Że jest najważniejsza.

I nie jest ze złota,

Bo taka intencja,

Powstał po prostu,

Ze szczerego serca.