Fiku – miku na chodniku

Nie ma to jak w weekend praca – bez wyspania i bez kaca. Zamiast świat podziwiać z wyra, ja musiałam "ciężko" tyrać. A do tego w poślizg wpadłam, aż na twarzy chyba zbladłam. Bo tak brodą plewić trawę…miałabym raczej obawę. Jak się lewe ma kopyta, lepiej wtem o drogę pytać. Jednak cóż poradzić na to – jedni chodzą, inni skaczą.Chód człowieka – różnoraki.
O! Na pewno mam w tym braki.
Wszak najlepsi są Pakerzy, kłak mi się na głowie jeży. Oni chwieją się na boki, robiąc maciupeńkie kroki. W obie pachy pcha arbuza i na mieście szuka guza. Znowuż Lachon jak ta łania, stroni pewnie od biegania. Chociaż z taką cienką szpilką, mogłaby się zająć piłką.  Tak! Na bramce wciąż by stała, bo przyczepność doskonała. Jednak, ja nie będę taka….sama chodzę jak pokraka!

Symptom wiosny – bezlitosny

No i chyba wykrakałam, wiosna zbliża się bez mała. Jaka tego jest oznaka? Odszedł Dziadu – mada faka! Więc już nie ma tej zakały, poszły won olbrzymie gały. Nawet się nie pożegnałam…taki ze mnie kawał chama ! Jaki morał tej notatki? Zwiastun wiosny to nie kwiatki!

Ej, bałwany ruszać w tany!

Niech ta zima buja wroty, bo już nie mam na nią ochoty!  Chlapa, błoto, psie gówienka i zapchana gdzieś studzienka. Druga wersja to kostnica, gile w nosie – bałwanica! Chociaż pewnym ludzkim rasom, ziąb pomaga trzymać fason. Bo jak ręce z chłodu sztywne to się grzeją kolektywnie. A niektórzy w takie mrozy, pokazują swoje wozy. Zimny łokieć też się zdarza. Jest gorąco(!) – się zamraża.
No i wszyscy muszą słyszeć, co do „snu” jego kołysze. Taki z niego zimny drań – szuka najgorętszych pań. A odnosząc się do kobiet, to tak właśnie myślę sobie…chcą się wtopić w śnieg na stałe więc kozaczki noszą białe. Ta na twarzy pudru tona to przed szronem jest ochrona. Każdy inne ma sposoby by się chronić od choroby. Mi zaraza odpuściła – się zapiło, to się zmyła. Też o nerki dobrze dbam, dobry sposób na nie mam. Otóż przepis to z plemienia jak się syrop w piwo zmienia. Wszak widziałam tęgie głowy: odsłaniały swoje rowy, pijąc wino z bandą żuli. Inni pewnie im współczuli. Taki jabol chyba rozgrzewa albo się urwałam z drzewa. Tanio, szybko i w plenerze…hafty, plamy Vizir spierze. Nie ma co polemizować lecz na morsa się hartować. Im to zimno nie doskwiera, nawet gdy schodzi do zera. Śmiało w morzu tyłki moczą i na chłód nigdy nie psioczą. To nie głupia jest metoda – taniej wyjdzie ciepła woda.

Dyszka stuka – weekend puka

Co za szczęście, w końcu laba więc browarek wtem się nada. Zimna Warka – ze dwie puszki aż przymarzną mi paluszki. Pierwszy łyczek…niebo w gębie, czas by wypić jak najprędzej!
Lecz nim chwila ta nastanie, czekam aż mój zadek wstanie a to wyższa jazdy szkoła, bo sie podnieść chyba nie zdołam. Jest to objaw wczesnej starości – bolą stawy mnie i kości.
A tak serio…nie mam siły by me nogi gdzieś się wiły. Choć do sklepu rzut moherem, nie chce mi się pełznąć w teren.
Wszak dla piwka, wzniosę tyłek nim tych chęci będzie schyłek!!

Dziewiąte wrota – przeklęta robota!

Nie inaczej! Prawda cała, tego brak, tamto nie działa. Coś się sypie jak król popu a to znowu jest do zwrotu. I pretensje, że popsute (zamiast reką, zamknął butem). Po dobroci nie skutkuje więc kopytem coś zmontuje!
Z innej beczki – „jakaś” praca, wszak szukanie jej popłaca. Lecz wymogi idą w górę. Trza posiadać niezłą furę, kursów (najmniej!) dwie stronice a w weekendy także chcice aby przyjść na mega kacu i dwanaście godzin pracuj…
„Masz magistra? Gratuluję! Lecz niestety nie przyjmuję. Z wykształceniem mamy sporo, już wygryzło Nas kilkoro. Nie studiujesz? To grzech straszny teraz uczy się juz każdy! Czeka Ciebie bezrobocie…”
Tak to właśnie jest w robocie!