W mej przychodni krok do zbrodni.

Cóż niestety tak się zdarza, trza się wybrać do lekarza. Wstać o świcie (ciemno, szaro) by użerać się z poczwarą. Moje szczęście, że mam blisko. Z okna widzę już skupisko – to mohery tam się tłoczą w stadzie stoją i dygoczą. Jeden Beret jest na straży, szuka ławki widać po twarzy. Woła swoją starczą świtę i już psioczą na kobitę bo spóżniła się minutę więc szykują jej cykutę. Podrobione skierowania – moher ale jednak cwaniak. Umówione za dwa dni w poczekalni będą gnić. Jak na rynku jest afera przecie muszą się nagderać. Ta za wsześnie, ta za późno, ten wszedł pierwszy i już bluźnią. Wszaski, piski wniebogłosy…nie, nie idę już mam dosyć.

Bo dziewoja nie chce gnoja.

„Wykluwają się Lachony!” – prawi ksiądz ze swej ambony. Sezon wnet się rozpoczyna, więc odsłania się dziewczyna. W różu cała jest pokryta, czai na nią się łachmyta. Lecz on nie wart jej uwagi, jej paznokci – takiej „Dżagi”. I w bicepsie ma za mało, wyrzeźbione pragnie ciało: piec kaflowy, gładka klata – wymyśliła tak cycata. „Moje kudły jak z reklamy, pięknie lśnią gdy się bzykamy, z wiatrem płyną, pachną świeżo i nie trzymam w domu zwierząt” (wszak bezwłose psisko w torbie, zamiast szczekać ono siorbie). Na nic starca są podchody, brak mu żelu i urody. Za to siłę ma i krzepę – chwycił w dłonie swe mazepę i potrząsnął parę razy aż dostało dziewczę gazy. Odleciały tipsy, pióra (taka właśnie to chałtura), pękły usta, jędrny biust (wszak w rozmiarze kilku sióstr), dziad pociągnął swoją wajchę… Posypała się jak Michael.

Jest ich wielu na Wawelu.

W dalszym ciągu ta żałoba, można dostać już zajoba bo gderają cały dzień – chcę posłuchać innych brzmień! W telewizji, w radiu kraczą, w autobusie też majaczą – wszędzie gdzie się człowiek ruszy tam zatykać trzeba uszy. Toż to obłęd jest nieziemski! Znamy datę tejże klęski, znamy ludzi, ich rodziny ale to są przecie kpiny! Sklepy, kina są zamknięte lecz nie wszystkim obojętne czy przeżyje do pierwszego bo nieczynne dnia owego. Myśleć o tym można w biurze, w polu orać, śpiewać w chórze. Ale kogo to obchodzi? Zarządzono – trza się zgodzić. Wszak najlepiej do Krakowa – znicz zapalić i cudować.

Taka dola jest ramola.

No i wrócił ten dziad stary! Już wypina swoje wary by pod nosem wymamrotać, że mu nie chce się rabotać. Emeryta z niego prawie, chodzić mógłby trochę żwawiej a nie włóczy się i snuje, jak nie tyrać kombinuje. Pręży swoją starczą klatę obmyślając nowy patent. Wąsem trąca o siekacze, kiedyś brzytwą go uraczę. Niech go zgoli pod kichawą i odsłoni twarz szubrawą. Wybałusza znów oczyska aby zoom i wnet uzyskać. Obserwuje nasze kształty w myślach pewnie ściąga majty. Erotoman i dziadyga w tym wianuszku…to łodyga.

Po straceniu państwa głowy toż to areszt jest domowy? Przykro, smutno, ludzi szkoda, katastrofa….Ok. Zgoda. Wszak nie wszyscy są zmuszeni milczeć, wyć i cierpieć w sieni. Taka głupia jest zasada – pożartować nie wypada." Tyś bezduszny człowiek przecie i diabelskie z Ciebie dziecię. Siedź w kościele całą dobę a najlepiej i żałobę." Ocenianie, bluzgi, baty, że nie święcisz owej daty. Czy to gdzieś jest napisane jak masz przeżyć zajście dane?! Jeden w nocy spać nie może, inny w dobrym jest humorze. Jak nie płacze – jestem zła. A dlaczego płakać mam?