Eskapada… a ja blada.

Muszę wtrącić coś nieśmiale (może trochę się pożalę), jak podążasz do stolicy bardzo przyda się stoicyzm. Bezpośrednie połączenia? Rano, które nic nie zmienia bo się wlecze cały dzień nim wysiądę w końcu zeń. Miejsca są – na chybił trafił. Siedzi ten co pchać potrafi innych ludzi – bo nie szkoda. Tanich Linii to uroda. Dziesięć godzin prawie jedzie, ja już myslę o obiedzie, stara baba coś trajkocze i w przedziale śmierdzi moczem. Syf i odór w toalecie bo nie dbają o nic ciecie. Jak sardynki w ciasnej puszce a niechcący bąka puszcze to zaczadzę wszystkich wokół! Dobra, lepiej nie prowokuj. Pasażerów co nie miara z miną ” Ej, ode mnie wara” więc nie zmuszam mej facjaty, wszak otwieram, choć na raty. Do rozmowy nikt nie skory, nie to nie! Cisną buciory, tyłek dawno wklęsł aż boli – przyszło jechać w tej niedoli. Człowiek jednak jest bezradny. Jedno dobre – widok ładny.

Urzędasy czas na wczasy.

Czas na urlop, na lenistwo, czas by w dupie mieć raz wszystko. Zero pracy, narzekania, zero stresu i wstawania. Najważniejsze – brak lachonów, różu, tipsów i bufonów. Nikt nie będzie świecił złotem, żaden umięśniony kmiotek, żadna lala w blond kołtunie i jej wylaszczone dziunie. Wszak mohery zdzierżyć muszę gdyż na nerwy się nie skuszę. Ba! W stolicy co nie miara, się co chwilę przy***. Lecz to będzie zacny dzień, słowem nie odezwę się. Miła, dobra, przyzwoita, najedzona i opita. Pora więc zawijać zada, urlop zacząć juz wypada.

Tramwaj, bus? Jeśli mus.

Autobusy – sauna na kółkach a na każdych drzwiach regułka: „Skasuj bilet w tym stuleciu bo Cię kanar złapie cieciu”. Jak na plaży albo gorzej więc ja zadka w nim nie wożę. Wolę śmigać na piechotę niż przeżywać tą duchotę. Jednak zdarza się awaria i trza wybrać owy wariant. Punkcik pierwszy (oczywiste) nasze drogi wyboiste. Asfalt, dziura, dziura, dziura  – dynda, kiwa się wciąż fura. Aviomarin biorę w trasy by nie zwrócić  kiełbasy. Być powinny gdzieś pod ręką tlen, chusteczki wraz z torebką. Druga sprawa – cudze pachy to dopiero są zapachy. Upał, pot się z człeka leje, ręka w górę…oszaleję! Busz i gąszcz spod nich wystaje, widzę wszystkie ich rodzaje. Staram się zasłonić nosa i juz patrzy się z ukosa Moher (bo zajęłam miejsce) a powietrze coraz gęstsze. Wypatruję wolnym okiem z zapaćkanych kurzem okien, czy przystanek niedaleko bo mnie zgniecie sąsiad „bekon”. Widzę światła, jeszcze chwila z autobusu daję dyla. Wdycham powiew świeżych spalin ( lepsze to niż jak tam ziali) i opuszczam ten czołg ruski – czas na piwa ze dwie puszki!

Wzór na ciele znaczy wiele.

Tatuaże, tatuaże…przez nie już się w piekle smażę. Nie rozumiem i nie trawię (choć czasami się tym bawię) gdy wpatrzony gapiów tłum robi z tego wielkie BUM! „Wydziarani” to kryminał? Toż to bzdura, istna kpina. Wręcz przeciwnie to jest sztuka, tylko trzeba umieć szukać: głębi, sensu, arcydzieła a nie łatkę znów przyklejać bo w „malunkach” jest ćwierć świata! Czyż potrzebna aprobata? Czyjaś pasja, praca, talent ma to związek z kryminałem? Jednak ludzi się nie zmieni…inni zawsze potępieni.  Syndrom pierdla i brzydoty – beznadziejny stereotyp!

Tak w plenerze słońce bierze.

Pierwszy, drugi, trzeci maja…jeszcze trwa ta potupaja. Jest jedzenie, są browary, żule, dzieci i plotkary. Większość już po winie mszalnym, dla nich wieje tylko halny. Średnia wieku – podstawówka (kac, jabole to ramówka). Słowa lecą wciąż wulgarne gdzie kabiny sanitarne. Ludzie pragną oddać mocz to koczują całą noc. Smród i fetor więc w pośpiechu na Małysza, na bezdechu. Nieopodal wszak zapachy hamburgerów, kiełbachy. Boczek czuć i chleb pieczony także klient jest nęcony. Gra orkiestra, gra kapela, słychać pijanego cwela co zagłusza swoim wyciem jak niemiłe jemu życie. Nawet znalazł się wodzirej, we krwi miał ze dwa promile. Poprowadzić chciał imprezę zachowując się jak zwierzę, że oberwał w końcu w nosa wyjeżdżając wtem na noszach. Gdy minęła już sensacja, ciepłe żarcie i libacja w mgnieniu oka ludzi brak – piknik się zakończył tak!