Za pół roku będzie spokój!

Koniec lata! Koniec lata! Lachon mizdrzy się i swata. Tipsy ciacha, ciżem klei, bo się zaraz wykolei. Obcas metry dwa osiąga na wieczorne tango milonga. Treska, rzęsy z drugiej ręki tak jak cyc i sztuczne szczęki. Jeszcze tylko wzrok w odbicie i popatrzcie na tą Kicię: łasi się do każdej nogi za kęs pizzy i hot dogi. Miauczy – mleka potrzebuje. Węszy, trąca, adoruje. Prycha, chrząka na rywalki. Nie obejdzie się bez walki. To „last minute” dla Lachona. Nie ma wzięcia. Odrzucona? Tego panna nie ma w planie. „Przecież musi być macanie!”. Zrozpaczona, niedotknięta, prawie goła. Zła przynęta? Sierść wypada, szpon się łamie… Czekać trza na marcowanie!

Kopnął Forda. Moczymorda!!

Na jedno kopyto, na jedną mańkę toczą się ciule spojeni grzańcem. Tylko zaczepki w ich łysych pałach. Wypił trzy wina i jakże zaszalał! Rozum opuścił już właściciela – wolał bystrego, ni ćpuna, menela. Machnął komórką swą szarą na durnia: "Niech się beze mnie gamoń wydurnia! Znajdzie przecie inną głowę, choćby pseudo Casanovę. Lepsze to niż łeb palanta. Niechaj cmoknie on bażanta."  A posiadacz owej glacy? Mu na dołku będzie cacy!

Nie ma mopa na jełopa.

Głupi ma zawsze Asa w rękawie i nie wdepnie w kupę na trawie. Głupiego piekło nie pochłonie, bo to będzie piekła koniec. Głupi pracy też nie szuka – praca sama do drzwi puka. Głupi nie gra w totolotka, bo i tak go szczęście spotka. Głupi pecha nie ma wcale – pech ucieka przed nim stale. Ma pierwszeństwo w toalecie, na ulgowym jeździ bilecie. Głupi może łamać przepisy i w Biedronce ma gratisy. Głupi bez kolejki stoi – on żylaków się nie boi. No i wroga nie ma żadnego. Każdy chciałby znać głupiego. Głupi sobą się zachwyca a pod skórą botoks przemyca. Głupi plecie, co popadnie. Bez cenzury fakty nagnie. Znajomości ma i władzę – grozi pryszczom i nadwadze. Głupi zna głupoty szczyty, te niemodne już i hity. Głupi we krwi ma promile. Może. Przecież jest debilem…  Więc mądremu nie trza wiele, jeśli głupi… przyjacielem.

 

 

Krzyż na drogę. Tyle mogę.

Krzyż mnie boli, krzyż mnie ssie, w krzyżu strzela, kiedy jem. Krzyż postawię, krzyż zakreślę, krzyżem zamknę, dalej prześlę. Krzyż odkryję, krzyż wykopię, łup zabiorę i utopię. Krzyżem kółko, kółko krzyżem w środku wstawię albo wyżej. Krzyż na drogę, drogowskazem, on wskaźnikiem raz za razem. Krzyż tabletka, krzyż na „trunku”, tak czy siak wołasz: „Ratunku!” Krzyż na płaszczu, na insekcie, na wyborach i w afekcie. Krzyż na czole, krzyż na ślubie, krzyż na trumnie, w wielkiej zgubie. Krzyż pod domem prezydenta. Krzyż to Święty czy przynęta? O krzyż walka, o krzyż spory, o krzyż bluzgi – jakby chory. Czas zostawić krzyż w spokoju. Okryć czcią, nie stertą gnoju.

 

 

Bez pazura? Awantura!

Tipsy w lewo, tipsy w prawo, na paluchy wchodzić żwawo! Niech nie straszne Wam akryle, na Allegro je opylę. Znajdźcie sobie, więc Lachona by na jego dłoniach skonać. Będzie nosić Was na stałe, niedraśnięte, świeże, całe. Ba! Nie szczędzi nań mamony – Lachon dba o swoje szpony. To priorytet mieć pazura – nosi matka, nosi córa. A im dłuższe, im jaskrawsze… Szacun w grupie jest na zawsze. Kwiatki, świnki, babiloty dla Panienki jak narkotyk. Fakt, że w tipsach krzywe ruchy, sen na czuja bez poduchy tak by jego nie uszkodzić. Poświęcenie. Trza się godzić, jeśli „trendy” owy kicz. Wszak od święta pali znicz, gdy paznokieć jej się złamie… Katastrofa w pełnej gamie! Wtem żałoba jest w ekipie, trzecią dobę Dziunia chlipie. Desperacko szuka zguby. Szuka niuńka, szuka luby. Nic. Kaplica. Zgon paznokcia. Bunt kończyny aż do łokcia. Jest nadzieja wypełnienie – to największe jej marzenie. Podrasuje swego szpona – happy wszyscy, w niebie Ona.