Gdy się zdarza do lekarza.

Nieodzowna służba zdrowia – skutek mdłości, wodogłowia. Biurokracja, marudzenie… A co teraz w dobrej cenie? Skierowanie. To podstawa! Otrzymałeś? No to brawa! Teraz możesz jako chory, stać w kolejce, mieć wybory: czy prywatnie, czy państwowo, leczyć płatnie się, darmowo? Zawsze jest alternatywa, co kopertą się nazywa. Trza ustalić dzień wizyty. Dozwolone wszystkie chwyty: ciało, pieniądz, znajomości… Nie ma co bez tego rościć. Połamany czy umierasz? Nie Ty termin sobie wybierasz. A najbliższy? Za dwa lata?! Czy przyjmiecie wtem denata? Obojętność, procedury, wieczna niechęć i… dyżury. Nocna służba, ta doraźna, wszak opieka niewyraźna. Już na wejściu mina sroga, że powstała Mości noga. Wdech i wydech. Do widzenia! Człowiek w szoku, aż oniemiał. To pacjenta jest badanie? Patrz punkt pierwszy. Skierowanie.

Oby ciało nie sflaczało.

Ken. To Ken wyjęty z pudła. Barbie coś ostatnio schudła, więc zmieścili się oboje. O! Przykuse mają stroje. Spakowani, zagojeni, dostatecznie wygładzeni zaczynają nowe życie. W nowym ciele i w kredycie. Nikt nie czeka, nikt nie dzwoni… Przecie to już nie są Oni. Teraz inne priorytety – szczypta kiczu i tandety. Najważniejsze dla Plastika? „Nie dociekaj tylko wnikaj. Szybko działaj i nie zwlekaj, bo następny zabieg czeka”. Z takim mottem do kliniki po receptę i wyniki. Cóż to była za przyczyna, że z niej kukła. Nie dziewczyna. On posągiem bez libido. Wierny igłom i sterydom. Twarz ich wciąż o uśmiech woła, lecz uśmiechnąć się nie zdoła. Odrobina zmarszczek, parę… Zero. Pustka. Czy jest coś stare?  Imię stare i nazwisko. Na tym koniec. To już wszystko.

Sprzeda krowę za rozmowę.

Telefon – druga połowa. Oddane ucho, oddana głowa. Wyrwane myśli, ucięte dialogi. Powiernik najnowszy, najlepiej drogi. Karta? Ba, złota na czcze rozmowy wciśnięta w ramiona swej obudowy. Klawisze lśniące i nieskalane, folią okryte … Niech tak zostanie. Wyświetlacz – okno na świat właściciela. On je zamyka i on je otwiera. W sieci. Bez sieci?! To hańbi i szpeci. Koniecznie Jamnik – tam świeże ploty. Brak owej strony to szczyt głupoty. Radio, bo trzeba słuchać Mozarta, gdy zamilknie słuchawka i ma wolne karta. Zestaw ten, co głośno gada to wyzwanie jest nie lada: nie dotyka jego lica – ma pierwszeństwo kierownica. Ta rozłąka serce łamie: „Dzwoń, no dzwoń z salonu, chamie!”. Wnet bębenek drgania chwyta, lecz jej pamięć całkiem syta. Niemożliwe, obiecała, zawsze chłonna być i stała. Comiesięczna utrzymanka, zawiodła Pana, klienta, kochanka. Teraz to złom niewart ceny, uwagi. Nie cudny i lśniący a stary i nagi. Teraz to dziwka i niedołęga. A gdzie jej gwarancja, bateria, przysięga?
Przysięga złożona do końca umowy, więc finał romansu, bo model już nowy.

 

Szkolny rok męki zwłok.

Widzę stado – nie kujonów. Koniec ciszy i spokoju. Edukacja rozpoczęta. Sezon rycia malkontenta. Tu pierwszaki, tam prymusy, ta mundurek ma zbyt kusy. Dzwonek – wrzawa, wdech głęboki. Rozkaz słychać: „Ty, wysoki! Idź po kredę, zmyj tablicę, znajdź wśród dziewcząt mi dziewicę”. Malowane włosy, usta. Brak odzienia na tych biustach. Młodzi w cycki miast w zeszyty. Na ramieniu znak wyszyty. Oni znani w całej szkole – zaliczyli Baśkę, Jolę. Z metra cięci wszak pyskaci. Podwórkowi akrobaci. Wychowawca nie ma głosu. Zakaz testów i donosów. Brak krytyki i dziennika. Wiedza – pas – z umysłów znika. W ich plecakach tanie szlugi: „Cho na peta, kurwa Długi”. Większość bydła emigruje. Idą w plener – szkolny murek. Puste krzesła i piórniki. Nauczyciel od fizyki. Temat lekcji – bez tematu. Nie ma uczniów. Nie ma etatu.