Oto słowo… Jak życiowo!

Święta. Święta? Czyż ja święta?! Jam nie warta ani centa. Święta krowa? Niby jak – wymion wielkich przecie brak. Wojna święta? Nie wojuję – toczę bitwę, gdy choruję. To, rodzina może święta? Nie, to myśl wręcz niepojęta. Trójca Święta? Raz do roku… Lepiej to wygląda z boku. Wszyscy święci? Gdy ochota – to nie kaprys, anegdota. Pismo święte? Nie, bazgrolę. Ciut czytelniej? No to polej! A duch święty? Trochę blada wszak na zjawę się nie nadam. O! Niedziela – dzień to święty – gdy ulotnią się procenty. Pamięć święta? Nie. Skleroza. Schodzi z drogi na bezdroża. Święta! Boże Narodzenie. Karp w promocji, po przecenie. Święty Miko, no Mikołaj! Ma prezenty? To zawołaj! Święta racja – złoż życzenia. Święty spokój. Do widzenia!

Król libacji, wdzięku, gracji.

Wodzirej – imprezy guru – szuka weny, szuka chóru, który wesprze jego cel. „Everybody go to Hell!” – taki żarcik celebryty. Uzdolniony i obryty. Zna na pamięć swoją rolę, wszystkie tanie alkohole; tu z przeceny, tam z gratisa… A wrażenie, czyż mu zwisa? On upiecze, on zamrozi, on przywiezie, on odwozi. Jego kocha, wielbi publika. Gdy się zjawia – zaraz znika. Rezerwuje i zamawia. Nigdy, nigdzie nie odmawia. Czasem mruknie coś pokrótce: „Za spotkanie dziś przy wódce! Są koreczki, ciepła zupa, jest muzyka, fajna dupa…” Pierwszy pije, pierwszy zdycha.  Wali z gwinta, nie z kielicha. Wie po chwili każdy z gości, kiedy hula, kiedy pości. Kreatywnie kłamie, zmyśla, jak z Sianowa do Przemyśla. Oby w centrum, słuchać Pana, wtem kolacja jest udana. Towarzystwo? Wręcz je zdobi – dużo gada, guzik robi!

 

Na maraton z desperatą.

„Przed świętami dziki szał, na „zakupy” idę – WOW! Pędzę niczym szybki chart opustoszyć kilka kart. Wchodzę. Dariusz mi otwiera. Obok zakazana sfera. Tak. Promocje i ulotki – niechże tam bujają wrotki! Pełznę koszyk wziąć w swe dłonie, ale już kobiałek koniec. Szukam, czaję się bez celu – chętnych czeka jeszcze wielu. Zmierzam ku zacnej padlinie. Zatrzymuję się przy winie – nie, to nie jest dla mnie trunek – sylwestrowy podarunek. Przy mięsiwie sępów chmara – Moher Band i jakaś para: obściskują się przy serze (toż to prawie jak w plenerze), Beret plecie – ciągle plecie… Niech wygada się przy secie! Moja kolej – szybka akcja. Przy browarach teraz stacja: dwa w butelce, albo cztery… I namierzam znów Mohery. Wdech głęboki. Czas do kasy, Nie znam – szkoda – innej trasy. „Zaczynamy bieg. Gotowi? Schorowani, starzy, zdrowi – kto zabuli jako drugi spłaci dziś szczęściarza długi. Smutno mi, łzy lgną do oczu – chciałam się jak Święty poczuć. Jednak, cóż nie było dane, więc upiję się szampanem. W końcu Sylwek – trzy tygodnie – trza szykować make up, spodnie… „

 

 

Kiedy w żyle dwa promile.

„Nocny przecież jest otwarty, więc przerwijmy tę grę w karty. Zimne piwo czeka w sklepie a schłodzone pić najlepiej. Wyruszamy. Cisza, wieje, mimo tego ja się śmieję. Tak. Promile robią swoje – wprowadzają Nas w nastroje… Trochę długa jest kolejka. Widzę – stoi butla wielka. Jeszcze chwila i przechwycę. Jest mi duszno, ściągam mycę. W moje dłonie browar wpada. Czas do domu, trzeba spadać. Strasznie zimno, rąk nie czuję, lecz po drodze Cię próbuję. Nim ulotnią się bąbelki poznasz przełyk, trzustkę, nerki. Nie przestaję i wciąż piję. Chodnik się pode mną wije. Helikopter w mojej głowie… Ups! Wypadek. Leżę w rowie. Ktoś podnosi mnie za fraki, trzyma głowę, tułów, kłaki. Rano budzę się… O Boże! Nie ma kaca. Nie jest najgorzej. Resztki tuszu na mej twarzy – może nikt nie zauważy. Nie pamiętam co się działo… Chyba piwa było mało”.