Uprzejmie donosi – petentów nie znosi.

Istnieje znane wszystkim okienko, co zamiast pomocą – służy udręką. Przeszklony kwadrat. Konfesjonał bywalców. Witraż z cudzych odcisków palców. Za ową bramą do obwieszczania, gości pan starszy lub niemłoda „łania”. Fotele, krzesła czy taborety – przetarte na amen – od tyłka niestety. Pisma, pisemka, krzyżówek stosy, kalendarz sprzed roku i nudy odgłosy. Paznokcie zjedzone, pasjans na blacie, oczy wpatrzone w film na Polsacie. Na ustach resztki masła i sera, przeżuta guma do zębów przywiera. Istota nieczuła na głośne krzyki spisuje wieczorne na żywo wyniki. Ścianę ozdabia Madonny plakat, kilka ulotek i jakaś dopłata. Stara tablica o nową prosi. Czas odjazd i przyjazd znowu ogłosić. Co kwadrans słychać jazgot i wycie. „I tak proszę państwa już nie zdążycie” – to słowa nieliczne postaci z okienka – „Pociągu nie ma, ja jestem zajęta”. Tyle. Dwa zdania. A informacja? Chwilowo nieczynne – teraz kolacja.

Koniec świata? Nie te lata!

Co za pech, co za pech! Nie dotarłam wyżej… Ech. Wampir wygryzł mnie – to zwierz – nie jedyny. Inni też. Schizofrenia się wybiła – taka moc jej, taka siła. A kopyta? Jak kopyta. Wiecznie głodna. Nigdy syta. Poziom rośnie? A ja nie? Choć, urosnąć czyż ja chcę? Nieistotne. Oto świat. Jeden wstaje, inny padł. Trzeba dalej pisać, żyć. Wyobraźnią, celem tyć. Chudnąć brakiem wiary w siebie. To, co teraz? Szczerze? Nie wiem. W sumie, po co te wywody – jestem jeszcze człowiek młody. Miejsce któreś, strona druga?! Trzeba znów ołówek strugać i szykować się za rok. Toż to przecie tylko krok a przede mną spacer srogi… Więc kurduplu – miłej drogi!

 

Mam w przedziale disco, balet.

Peron. Stacja. Mnóstwo ludzi. Ten przeklina, ten marudzi. Ledwo wsiadam – taki ścisk. Już znajomy słyszę pisk – do żegnania on mnie zmusza. O! Jedziemy. Pociąg rusza. Coraz szybciej mknie po torach. Na śniadanie przyszła pora, więc wyciągam z mej menażki, sok i bułkę zamiast flaszki. Obok szturcha mnie i rani swym paznokciem starsza pani. Drapie się po bladym czole. Sweter jej pogryzły mole. Nie odzywam się tym razem – obojętność swą pokażę. W torbie przecie mam gazetę… Czuję znów drapiący sweter. Tak. Zagląda mi przez ramię. Irytuje mnie – nie kłamię. Trudno, szkoda – zamknę usta. Na mej głowie babki chusta. Wdech głęboki, w środku wrzątek. O języku już nie wspomnę… Co za ulga! Widzę dworzec. Kurtka w rękę i wychodzę. Do widzenia? A niech stracę – już jej więcej nie zobaczę. Wszak powrotna droga czeka. Nie zamilknę. Będę szczekać.

Wciśnij guzik by się wkurzyć!

Stoję na światłach. Sterczę jak kołek. Nogi zdrętwiałe – patyki moje. Czerwone, czerwone… To płachta na byka. Z sił już opadam – wciąż wciskam i pstrykam. Czekam na odzew. Odprawiam modły. Kolor uparty, wredny i podły. Spoglądam na zegar. Odmierzam czas. Dłużej tu goszczę niż trwał mój staż. Liczę do pięciu. Oddycham głęboko. Zapuszczam korzenie. Otacza mnie kokon. Może się zjawi Pan z ciepłym Fast Foodem. Niestety się zjawił pijany student. Trąci gorzałą i chińskim daniem. Nie zwracam uwagi – zajmę się staniem. Znów zerkam na licznik, (co nic nie daje) w milczeniu, z nadzieją na światło się czaję. W myślach nucę stare piosenki. Przemokły kopyta, przemokły ciżemki. Tracę ostatnie resztki mej wiary. Kanapki to teraz dwa zimne suchary. Nagle, gwałtownie, bez uprzedzenia miga zielone… I ot tak się zmienia na znane mi tylko światło czerwone. A gdzie było żółte? Kurwa. Spalone.

 

Panowie, Panie – głosowanie!

Przyszedł czas na sms-y… By nie drażnić i nie speszyć, to poproszę Was pokrótce: przy browarze czy przy wódce, w toalecie i w kościele, w poniedziałek i w niedzielę, na uczelni lub w robocie, na Słowacji, na Ochocie, przed śniadaniem, po obiedzie, łowiąc karpia, jedząc śledzie, na Pomorzu i na Wschodzie, w łóżku czy też w samochodzie, stojąc w sklepie albo w korku… Za głos stawiam po faworku!

Reasumując: w treści G00036 pod nr 7122

Dziękuję!