Dola taka jest pijaka.

Znowu mi na krzaki sika, a po wszystkim jak cień – znika. Nie ma gdzie on oddać moczu, to pod moim oknem. Zboczuch. Dzień i noc pod budą stoi. Swoich kumpli bluzga, gnoi i podrywa dziołchy młode, odstraszając chamstwem, smrodem. Wszak niekiedy szkoda człeka; nikt na niego już nie czeka. Dzieci – jeśli je posiada – nie przyznają się do Dziada. Tylko butla fioletowa jest mu wierna i smakowa. Jak przystało z gwinta pije – całą dobę wali w szyję. Przerwa. Czas na nikotynę – paczka Mocnych, filtr na ślinę. Wdech głęboki. Dymu chmura. Ciężko wstaje owa postura. Pęcherz daje się we znaki… Nie inaczej. Leje na krzaki. I tak przez miesiące, lata, co rusz się z butelką swata, która bratnią duszą mu i matką. Chwali się schodową klatką, co to jego kątem, domem. Tam powraca, lecz slalomem. Czasem wróżka mu przepowie ( da nadzieję spitej głowie?). Jaka przyszłość jego, jaka? Absolutnie – Dzień Świstaka.

Ej, Ty młoda! Choć na loda!

Rąk nie czuję ani ud. Nie poradzę nic na chłód, ale są takie Alieny co im mróz dodaje weny. Się smyrają po ulicach w pochlastanych pudrem licach. Instalują białe buty by okazać swe atuty. Szpagatami po asfalcie – ćwiczą ruchy – ot na starcie. Młody Lachon (toż to dziecię), dziś wyraża swoją niechęć: nikt nie zwraca już uwagi na portfolio – portret nagi. Jak tu teraz zrobić hałas, zdobyć rentę, zdobyć pałac. Bukmacherzy mają farta – na zakłady jest otwarta, wręcz ją to na nogi stawia. Pięknie także się wysławia. Zna na pamięć trzy adresy – tam załatwia interesy. Daje. Nigdy nie zabiera. Hojna wielce. Żadna sknera. Kocha sporty ekstremalne – płatne z góry te brutalne. Miast do budy, robi kasę: raz obtoczy kiełbasę i z salonu ma Iphona. Teraz kozak będzie ona. Nowy sponsor, nowa fura… „Już za rok matura!”

Od zarania… Lekomania!

Głowa coś boli, dreszcze mam, ciary. Zakładam ciżemy i sweter stary. Szybko, czym prędzej, biegnę, wręcz lecę a tu – niefartpeszek – kolejka w aptece. Zaryzykuję, chwilę postoję… I tak oto minęło godziny półtorej, gdyż pewna kobieta przede mną stała i leki za lekiem wykupywała. Recepty skitrane w kieszeni, w skarpecie jak na zakupach w supermarkecie: koszyk dwa złote, trzy siaty z Sano i wkładaj wszystko, co taniej dziś dano. No i sto pytań do farmaceuty, bo termin ważności jest nieujęty, a ile dawkować i w jakich porach -  skończyć paplania nie była skora. Raz aspirynę, potem żelazo, spirytus na ranę ze świeżą gazą. Rutonoskorbin – odporność w modzie. Plastry – od wczoraj żyje na głodzie. I odpowiednik maści na stawy, coś by odciągnąć się rano od kawy. Szałwię w pakiecie i aspirynę, paczkę tamponów by zapchać waginę… Przerwać nie dała, ni dojść do słowa a mi coraz bardziej pękała głowa. Nim ruszy zada i odejdzie od kasy, pochłonie całe piguł zapasy. Nareszcie! Fanfary! Polazła baba! Teraz pytanie ja mogę zadać. „Nie ma, nie będzie” – prawi kobieta – „Na półkach jak widać – Żanet Kaleta”.

 

Czary mary… O! Kanary!

Jadę, jadę autobusem (tylko wtedy, kiedy muszę), znów przystanek, tłumy ludzi. Słyszę z tyłu ktoś marudzi – idzie łysy, pulchny człowiek karcąc wzrokiem spod swych powiek. Pełźnie, toczy się i wozi, pieszcząc co rusz zarost kozi. Macha zdjęciem przed oczyma a sakiewka mu się wrzyna – tak, okraszę to cenzurą – tam gdzie raki nie zimują. Moja kolej, w górę głowa. Wnet padają takie słowa: „Jam jest Kanar, więc nie fikaj. Jestem władcą kasownika. Moją pasją są bilety, łapóweczki i kobiety. A kierowca mi się kłania, po to abym dorwał drania, który jeździ wciąż na gapę” – bez pardonu cieszy japę – „Jak podchodzę to jest akcja, pełna kieszeń, satysfakcja. Bardzo lubię swoją pracę – same zyski, nic nie tracę. Za darmochę miasto zwiedzam. W kaszę napluć sobie nie dam, więc uważaj młoda damo – kiedyś spotka Cię to samo!”. Czy to groźba czy przestroga, moja mała chuda noga miała drygi wręcz ochocze, aby kopnąć Mości w krocze!