Wielki Brat Starszych Dat.

„Numer jeden, numer dwa… Jaką cyfrę Pani ma? Bo, ja byłam już o świcie i niesamowicie długo czekam na Pana Doktora. Do badania jestem skora. Jeśli lekarz mnie zawoła, w trymiga i będę goła. Powiem mu o moim wnuku, co się śmieje do rozpuku, o teściowej i o bracie – znachor przecie jest w temacie; wie od kiedy mam szynszyla i minusy jakie w brylach, co na obiad dziś kucharzę, o czym myślę, o czym marzę…” – i tak moher deklamuje – nie wytrzymam, wręcz zwariuję. Wstaję. Kroczę do szaletu. Wnet używam epitetów – fetor, odór, smród i szambo – jakiś dział się tam karambol. Uff. Wypełzam, acz zielona. W poczekalni ględzi – Ona. Jeszcze babcia nie na mecie. Zagłuszają ją berbecie. W końcu wdziera się do środka, przedstawiona wyżej trzpiotka. W starczych dłoniach świstek ściska, bo na starcie, życzeń lista: „Trza wypisać recept wiele…”. Oby szybki ten numerek!

Święta, święta! Daj procenta!

Kura, jajko – jajko, kura i na stole awantura. Bitwa, wojna o kiełbasę, bo ten dużo ma za pasem, a gość drugi pali szlugi i popija wszystko Colą. „Niech się wszyscy odpierdolą!” – krzyczy nawalony teść – „Trzeba pić i trzeba jeść, w końcu jest okazja – święta!”. Rzuca w oczy się nietknięta flaszka z zeszłorocznej biby – „Czemu pełna ma stać niby?”. Polej matka, chlapnij zdrowo, by w Wielkanoc kolorowo Nam leciały piękne dzionki” – ot życzenia dla małżonki. „Daj buziola, machnij pyska!” – czysta po kielichach tryska. Bigos czeka na spożycie. Syn już rozpoczyna tycie. Cztery kilo. Jest nadwaga. W ustach setki woń i zgaga. Butla, to sponsor imprezy – tak, jak obiecany nieżyt. Wszak rodzina, cóż w komplecie; raz przy stole, raz w Wc – ecie. Do południa bliscy pas… To nieważne, gdyż świąt czas.

Bez limitu – pitu, pitu.

Biurokracja – zło konieczne. Wciąż niejasne, lecz obecne. Gdzie podąży Nasza szkita, tam formalizm jakże wita! Toż, to zbędna buchalteria. Stos podatków – piąta seria. We łbie ćwierka matematyka, a Ty non stop się borykasz; dodaj, pomnóż, podziel… Źle! W nieskończoność licz – oł yee! Ćwicząc umysł śledzisz lud, który już w kolejce schudł. Mija doba. Znosisz jajo. Alleluja! Wreszcie wołają. Marsz z okienka do okienka. Od tłumaczeń boli szczęka; „Tu podpisać i zaznaczyć, może przejdzie. Się zobaczy”. Będziem dzwonić. Spoko bania.” Zad drętwieje wnet od stania, a urzędów życia proza – zbiera żniwa. Taki kozak!

Many – many a kiosk zapchany.

Bankomat – płaczu ściana. Każda karta mu oddana czeka aż ją wessie, wpuści. Hasła nigdy nie odpuści. Wciskaj, wklepuj – cyfr on pragnie. Nie zaskoczy i nie zgadnie. Nie pamiętasz? Musisz! Weź! Dalej! Klikaj! I się strzeż! Czekaj – myśli. Kasę liczy. Klient w nerwach. Już skowyczy. Jest wypłata – magia, cud! Cieszy dusza się i lud. Buda pluje wręcz banknotem. Druga, trzecia – jota w jotę, dyszka w dychę. Pani Basia z Panem Rychem obściskują nominały, które szczęścia trochę dały. Moja buzia też radosna. Chciałbym stan konta poznać. Idę. Stąpam ku poborom… Nie minęło czasu sporo – zadymiła moja czaszka: "Toż to chyba jakaś fraszka! Boże, trzymaj mnie i ratuj – znów awaria bankomatu!"

Mrs. Jagoda bułę zapoda!

Za ladą w sklepie, w klawiaturę trzepie. Naciska guziki robiąc uniki. Na siódmym poziomie jej statek już tonie. Teraz "zajęta", obsłuży klienta. Czego sterczysz? Po, co? Why? Grę przerwałeś jej. Bez jaj! Cały dzień zbierała gruszki, a Ty chciałeś jednej puszki, tych sflaczałych, starych śledzi! Biedna. Nawet nie posiedzi. Wiecznie, jakby zdjęta z krzyża – coś nadęta i nie chyża. Rozjuszona, nie zaciesza – pewnie kończy smsa. Niech napisze. Ma dziś farta, bo w kolejce stoję czwarta. Dusi "cegłę" w swych kończynach. Marzy jej się nikotyna. Zaraz ruszy za kulisy, muskać dalej brzeg klawiszy. Wraca. W transie. Zaślepiona. Naród czeka – chrzani Ona. Mruk pod nosem słychać, jad. Ktoś uwagę zwrócić rad. O! Przerwała, niemożliwe! Po czym rzekła dość złośliwie: "Ja przepraszam miła Babo, ale znam się bardzo słabo, nie wiem jak smakuje pączek, a po drugie – zaraz kończę!"