Jakie barwy, takie salwy.

Pokłóciły się kolory, więc zaistniał konflikt spory: "Czyja barwa, nasycenie, niebanalne ma znaczenie?". Pierwszy – żółty – nie ma bata, gdyż to kolor słońca, lata. I pobudza on do życia. Tak. Nic nie ma do ukrycia. Róż wyłania się z palety: "Wręcz kochają mnie kobiety. Też nie stronię od ryzyka…". Lecz czerwony mu nawtykał: "W mym odcieniu serce bije. Pożądanie w sobie kryję. Krew i wiśnie – niby czyje?". Fioletowy – ten, co bije: "Sińce? Jam potulny i łagodny. I do tego strasznie modny!". O! Niebieski wtrąca skromnie: "I tak wszystkim chodzi o mnie! Niebo, woda, lekkość, spokój… Ej! Zielony, weź zanotuj! – Tyś kolorem jest przyrody. Wiem – uważam, bo masz chody: łąki, lasy, parki, drzewa…". Czarny słucha ich i ziewa: "Towarzysze! Koniec tego! Wraz z oddanym mi kolegą ogłaszamy już na stałe – wszystko czarne jest lub białe!".

„Dżin” schłodzony – człek spełniony.

Zimne. Prosto z wielkiej szafy. Dziś rozdaje autografy. Ledwo co ujrzało świat a tu tyle gęb i chat. Kajet na zaś zapisany. Są prezenty, fan club, tany. Też życzenia ślą facjaty – od teściowej, tudzież od taty: "Niech ten browar wszystkim służy – w czasie słońca jak i burzy. Niechaj muska chmielem przełyk, by bąbelki się nie ścięły. Niech gazuje przez jelita, krew zalewa, żyły wita. Niechaj lodowata ciecz – łechta mięsień – nawet wstecz. Niech no płynie, niech się leje, aż wiatr Halny gdzieś zawieje. Niech nie broni się szklanica, bo nie pierwsze, nie dziewica. Niech promili spłodzi chmarę – da na tacę, na ofiarę. Niechaj pęcherz je przytrzyma – nie oleje, nie wydyma. Niech wypłucze dość potasu… I odwodni. Nie ma czasu!". Piwo całkiem już zleżałe: "Co zechcieli – Ja im dałem. Teraz urlop. Czas lodówki. Niech się męczą tęgie główki!".

Błogi nektar dla insekta.

"W maju, Maju, Ty na haju?" – leci Gucio, już "na Krzysia". Chętnie by na listku przysiadł. Wczoraj ledwo smażył zada, a dziś raczej nie wypada, bo wietrzysko, burze, deszcze… "Co mnie spotka Maju jeszcze?". Za to pszczoła pląsa, hula – ona wręcz z innego ula. Jeśli Gucio się przyczai, będzie także w ulu Mai. A w hacjendzie ów robaka: disco, miodzio, mada faka. Znane wszystkim w branży Osy – dla krytyków, dla smakoszy. Grube Ryby prosto z Wisły, w stroju z łusek dość obcisłym. Czarna Wdowa tuż po ślubie – w sieć złapana – ku jej chlubie. Pasikonik wciąż się pasi – nie wybrzydza, nie grymasi. Jest Modliszka bez partnera – smakowity był generał… Tak. Impreza w pełnej krasie, jednak Gucio nie na czasie. On przy zdrowych zmysłach przecie – nie odnajdzie się w tym świecie. Przygnębiony, z marnym wzwodem… Cóż, obejrzy znów pogodę.