Denuncjator – prowokator.

Skarżypyta się nie pyta. Chyżo wali wręcz z kopyta, by ukazać, że obryta – jaka cwana, jaka syta. Nietaktowna. Niewyżyta. Nie docieka i nie zgrzyta. Szuka sobie faworyta – śledzi go i o nim czyta. Sprytna bestia i bandyta. Na nic wiedza jej zdobyta – bajka tęgą nicią szyta. Gdy ofiara już zdobyta – rodzi Nam się Afrodyta – niepachnąca, nieumyta. Wszystkich mieści w swych odbytach. Tam ich ma. Tam jest wizyta. Wazeliną aż pokryta. Wiec co orać. Jest obyta. Nie przeszkadza zdarta płyta. Bystra. Głośna. Erudyta. Trzy facjaty – czwarta ukryta.

Legowisko, to nie wszystko.

Rezerwacja – niby proste: zadzwoń, zamów i jest Hostel. Położenie w centrum miasta, stadion blisko – no to jazda! Dobrej myśli, wniebowzięty, pędzisz cały dzień przeklęty. Przekonany, że masz nocleg, to zostawiasz w domu koce, śpiwór i obawy sprawny, gotów do zabawy… Eh, tak piękne były plany, jednak Dom wyżej wspomniany – żadnej ON uwagi wart – miast posłania, sprawił żart: "Przykro Nam, nastąpił błąd – sami też nie wiemy skąd, lecz brak miejsca dla Was czworo, ale schronisk jest tu sporo". Zapomnieli? Cóż. Skleroza. Nie ma izby – nie ma łoża. Tłumaczenia? Przecie, po co? Szlajać się możemy nocą…
Taki rodzaj odpoczynku, oferuje Gmach przy rynku.

W męczarniach i w grozie podróż powozem.

Nadjeżdża autobus w słońca kolorze, lecz pech to ogromny, nie mogło być gorzej: rzęch pełny po brzegi, w nim tylko berety, wsiąść jednak muszę. Kurczę. Niestety. Stawiam dwie stopy – na razie tylko – podróż tą linią będzie pomyłką. Chcę się przedostać do kasownika. Niosą mnie w tłumie. Kasownik znika. Mówię: „Przepraszam”, lecz nikt się nie rusza. Ten brak odzewu, ton wyższy wymusza: „Przepraszam!!!” – i cisza, cholerna cisza. Czy nikt w mordę jeża mnie znowu nie słyszał?! – „Czego się drzesz, Ty damo młoda?! Słuch już nie ten a wzroku też szkoda! Miejsca tu nie ma, jedź sobie na gapę! Jak wejdzie konduktor, to dasz mu w japę!” – aż mnie zatkało, wszak na nic spory… Namiętnie mi wbija w plecy walory. Skrzywienia dostanę od tego nacisku – na tyłach balony, na głowie Fiskus. Jakoś to zniosę, lub Ona mnie zniesie. W pozycji denata – minut już dziesięć. Pan Lektor rzekł, że za dwie przecznice, wysiądę nareszcie i wtem oddech chwycę. To ciut pociesza, lecz moher wciąż zgniata – teraz jej kufer i warzyw siata. O, Jezu! O, Boże! I wszyscy Święci! Mijamy światła. Bus zaraz zakręci. Jest mój przystanek. Wypełzam powoli. Wychylam nosa – uwalniam od moli. Jestem bezpieczna. Koniec udręki. Wyszłam bez szwanku spod sztucznej szczęki.

Extra posada – dziękować wypada!

„Coś się dzieje w korporacji?! Tysiąc szkód i likwidacji? Nikt nie martwi się, nie trudzi? Toż to obóz białych ludzi! Tyraj, haruj, męcz się człeku – masz na normę parę sekund. Dziękuj Bogu, wyższym szczeblom – taki status – istne srebro. Dąż do celu, do perfekcji, a spodobasz się dyrekcji. Chciałbyś etat, pracobiorco? Zaraz zwalniać będą zbiorczo! Nie ma mowy. Daruj sobie. Cięcia właśnie poszły w obieg. Ciesz się, że dzierżysz taboret, bo to wyróżnienie spore. Świeć przykładem, dobrym wynikiem i przy tyłku chodź z nocnikiem. Działaj migiem, czyń honory. Oczywiście – chwal pobory. Pensja? Starcza aż na cztery doby, więc starajcie się nieroby, stanowisko przecie cool…” – do Parobków rzekł dziś Król.