Trza na ksiuty mieć atuty.

Idzie z butlą taniej marki. W telefonie dwa zegarki. Łańcuch z byle targowiska. Straszny prostak – widać z pyska. Pewny wzrok, w żuchwie zapałka. Ostro skrobie się po jajkach. Goły tors, co torsem żadnym. Ni przeciętny, ni to ładny. On – dość dumny, chwali się ciałem, bo dla niego doskonałe. Ręcznik dziarsko z łapy dynda. Nie odmówi żadna „Pinda”. Buja się jak rybacki kuter. Dwa siekacze ma popsute. Za nim „świta”, jego klony – przydupasy i ogony. Walą kiepskie komentarze – tu wulgaryzm, tudzież frazes. Niewyżyta ta „kompania”. Czyż to skutek złego brania? Wciąż za Panem – gwizdy zaczepki. Brak ogólny piątej klepki…
Chociaż jest coś w tym „podrywie” – się nie znamy Prymitywie.

Plażownie w pełenej gamie!

Oko w oko – wszędzie oczy. Obserwują Cię. Pomocy! Widzą każdy drobny ruch…. A za nimi mega słuch, co szpieguje małżowiną, z kim przybyłeś. Czy z rodziną. Zdążysz tylko ruszyć rękę i biadoli szczęka w szczękę. Znasz historię ćwierć narodu – ile małżeństw, ile wzwodów. Czujesz ją? To obca stopa. Właścicielem młody chłopak. Jeszcze druga – jego panny (nie widziała syra wanny?). O! Dzieciaczki – wszak nie moje – Pani, Pana, może Twoje? Nie odwracaj się – to krocze. Owłosione. Nie urocze. Ktoś szpagatem do mnie leży. Chyba mam żołądka nieżyt. Spadam stąd. Lecz jak tu wstać. Człek przy człeku. Kurwa mać. Wyszłam cało z wylęgarni. Czas się napić i nakarmić…

"Czy przeszkadza mi ta sfora? Nie, no co Ty, taka pora. I nie wadzi mi, że drożej – Ja uwielbiam być nad morzem!".

Być ofiarą za kotarą.

Jedna ręka, druga ręka i poślady dwa. Wciska wszystko, głośno stęka – no, bo powód ma. Walczy tam już trzy kwadranse, wnet spociła się, jednak ciągle ma tę szansę – nie jest aż tak źle. Męczy pozy, miny trzaska – to poprawia look. Przecie zrobić taki dziubek – toż ogromny trud. Zad wypina, łokcie zdziera – ciasno w „garderobie” – w swym magicznym koszu szpera i mamrocze sobie: „Pewnie wszyscy nań się czają – bo markowy szajs – teraz tylko głupa palą a szykują hajs.” Chowa szybko za kotarę, ciuchów swych kobiałkę – teraz nic już nie wystaje – kontynuuje walkę. A kolejka za nią spora, czeka wciąż finisha – Ona już do wyjścia skora. Następuje cisza. Po godzinie w przymierzalni – aby, było miło – ludzie tylko po stali, by ją oświeciło: „Nikt uprzejmie nie rzekł mi, że to kurwa jest For Kids!”

Heineken na tak. PKP wspak.

Lotnisko. Kilka scen. Mnóstwo jadła. Browar. Tlen. Oryginalny lud. Ziemianie. Nastrój. Kolor w pełnej gamie. Klawa muza. I opaska. Pełna wrażeń dusza, czaszka. Rząd Toi Toi – rzędów masa. Bigos. Pizza. Kiełbasa. Moda. Gadżet. Karuzela – co nakręca, dech zapiera. Rasy ludzkie i narody. Brak zastrzeżeń do pogody. Coldplay – występ – boski, przedni. Zaś pierd w tłumie – zapach średni. Ogół trzeźwy, wcięty, zgony. Jeden dzień jak dni miliony… Atmosfera, klimat, plener – taki właśnie jest Open’er.
 

Teraz ciemna strona mocy – PKP i powrót w nocy. Armia istot w gmachu dworca, a kolejka jedna, bez końca. No, bo, po co druga kasa? Ktoś na koncert jechać kazał? Prze, co rok owa impreza. Straszny nieład. Nie dowierzam. Jak schronisko dla bezdomnych. Kąt do spania zimny, skromny. Gdzie cholerna lokomotywa?! Ktoś przysypia i się zrywa. A nad ranem budzą władze, nic nie mając na uwadze. W poczekalni kilka godzin – chodzisz, siedzisz – siedzisz chodzisz… I tak w kółko, wciąż na czuja. W końcu pociąg. Alleluja!