Niedzielny drajwer zawsze ma frajdę.

Jeden jedzie, drugi jedzie, trzeci już się czai – tu wyprzedza, tam zawraca – jeszcze głupa pali. Jemu ciepło w samochodzie, ja zamokłam wręcz – wyraz twarzy mój niegodzien, by zatrzymać się?! Przez kałużę chcąc ochlapać – śmieszny niby żart – tak zapewnił kiedyś sobie kilka żółtych kart. Na zielonym dla mnie świetle pędzi z dętek piskiem – może śpieszy się, bo w końcu zabłysnął wytryskiem. Okno mocno uchylone, choć posiada klimę, ale słuchać trza łupanki mając uszy sine. Umcyk, umcyk, dopalacze – to motto życiowe. Nie zamieni nigdy opon letnich na zimowe. Dobrze, że przestało padać, bo nie mam kaloszy. Obok leśna prostytutka przy drodze się panoszy. On jak panna ta z okienka macha nań wytrwale, jednak przestał, bo grzybiarka pokazała palec. Zrobił minę niezbyt tęgą, spojrzał na przechodnia – włożył kluczyk do stacyjki i pogmerał w spodniach. Włączył nitro i odjechał uwalniając zebrę – w końcu przeszłam przez ulicę, krokiem żwawym ledwie. Zakończyłam „szybki spacer” do sklepu za rogiem – z pusta siatą, gdyż kierowca okazał się wrogiem.

Pech oto taki, że wszędzie buraki!

No i znowu chamstwo lezie – tyle tego – aż nie wierzę. Wozi się, bo niby „ktoś” – ciul na rower chciał mi wsiąść. Troglodyta pełną warą. Tygodniowy dzioba zarost. Arogancik spod Toy Toya – poróżniło mu się w zwojach. Czerstwe ciacho, bury cieć – pod kopułą trzeba mieć! Od ulicy do chodnika robi się za przewodnika swojej zapyziałej pychy, której przerost ma nielichy! Wciąż zaczepia obcy lud. W jakim celu? Co, za czub! Gdzieś zapodział chyba ego… Chociaż trochę żal mi jego: bez obycia, bez ogłady – żadnych zalet – same wady. Albo tak wyraża siebie. Taki „styl” ma może… Nie wiem.

Na rauszu petenci – interes się kręci.

Dzień Piwa! Dzień Piwa! Browar więc w dłonie. Otworzę, skosztuję, się nawet pokłonię. Najlepiej w plenerze – wtem dwie przyjemności. Opróżnię – nie jedno – bo szkoda pościć. Oddam się jakże zimnej goryczy. Nie zliczę kalorii, nie będę ćwiczyć. Zjem duże chipsy, pizzę, paluszki, aby miast wracać – turlać się z dróżki. Niech mi się odbija, niech wszyscy słyszą i mówią żem świnia lub w rytm się kołyszą.
Cudowanie, wspaniale, wręcz ekscytacja… O! Koniec zachwytu – gdzie WC do diaska? Idę, wnet biegnę jak poparzona. Znalazłam szybko. Przed wejściem – Ona. Uuu… Monitoring i kasa z góry. Już płacę kobieto – schowaj pazury. Z nogi na nogę, przytupy, pląsy… Pani przelicza i gładzi wąsy. Wszystko się zgadza. Na lewo łazienka. Mija męczarnia, znika udręka! Dwa złote, trzy złote… Co, za rozpusta! W pęcherzu ulga, wszak kieszeń pusta.