Pośpieszny tak, że miejsca brak.

Jak sardynka w ciasnej puszce – czuję cudze oddechy. Uchwyt trzymam mocno – nie puszczę, choć ciut gniecie mi bebechy. Wciąż zniekształcam swoje ciało sterując odwłokiem – staram się, by każdy człek zdążył przejść przed nowym rokiem. Gęsto, tłoczno – o mój Boże! Co, za brak polotu! Coś za mało jest wagonów, wszak za dużo potu. Lufcik w sumie uchylony, ale ktoś tam stęka, że zawiało, ma reumatyzm i doskwiera ręka. Cóż, nikomu nie dogodzę, a tym bardziej sobie – nie usiądę, nie odpocznę… Ale to nadrobię! Jest Pan z wózkiem, będzie kawa – myśl mi taka krąży – jednak nim ją z tłumu zgarnę, już wystygnąć zdąży. No, to trudno. Dalej stoję. Kręcą się ziemianie i walizką w moje kostki – oto główne danie. Rośnie siniak na siniaku, ale cicho sterczę, gdyż nie sama, a z tuzinem się przynajmniej męczę. I tak w kółko drepcze lud, nużąco, uciążliwe, pokonując jedną trasę: kibel, przedział – przedział kibel…
Wszakże, przecie nie ich wina, więc zgadnijcie: Kogo? Po, co stawiać dłuższy pociąg – lepiej nadszarpnąć logo.

Mini teza dla Rycerza.

Nie moja wina, że mam jajka sadzone. Większe już nie urosną. Liczysz na to? Więc samczego, niech głoduje Twoje dziąsło. Nie moja sprawa, że lubisz blond włosy. Peruk jest pod dostatkiem. Załóż, podziwiaj, wzdychaj do lustra. Ja z przyjemnością przypnę Ci łatkę. Nie moje nogi. Moje są krótkie. Długie, to innej dziewczyny. Nie wysmuklę ich, bo, po co wysmuklać je bez przyczyny.  I nie ta skóra – oj, nie ta kolego – ja jestem wręcz bardzo blada. Wolisz mulatki, to wsiadaj w samolot i do Afryki spadaj. Śnisz o wysokiej? Ja z metra cięta i nie noszę nigdy obcasów. Jeśli chciałbyś mieć dryblaskę, to wyrywać gnaj do lasu. Pragniesz pieścić talię osy? Toż, to proste, bez urazy. Zaraz taśmą się owinę… Lecz uwaga. Będą gazy! Jeszcze oczy. Preferujesz niebieskie. Wpatrzone w Ciebie bez liku. Ja mam zielone. Piękne zielone, coś jak glony w Bałtyku…  Nie pasuje? Złe walory? Jestem zawiedziona! Szukaj dalej Książę z Bajki, nim Twój rumak skona.

Dialogi bez trwogi.

Dzyń dzyń dzyń, dzyń dzyń dzyń brzęczą wciąż komóry, a melodie – ba – te same, dosłowne sobowtóry. W moich uszach odgłos fonii dochodzi z każdej strony, więc nie przytnę dziś komara, bo coś ciągle dzwoni. Nie wyłączą, też nie ściszą i nie odbierają, to, po jaki grzyb trujący na czuwaniu mają? Jak już wcisną tę słuchawkę, krzyczą wniebogłosy, czuję się jak w Multikinie, wszak farsy niedosyt. Lecą kurwy i oszczerstwa, błaganie, przeprosiny. Wypływają wszystkie brudy nieznanej mi rodziny. Czasem, gdy łoskot pociągu zagłusza ważną rozmowę, wtem już prawie podśpiewują i za okno głowę. A ja słucham biadolenia, wątła z bezsenności – słucham, bo mi pozwalają, słucham bez litości…
Pełen wagon, pełne brzmienie, w pełni znam ich byt, bo im obce to uczucie, jakim zwie się wstyd.