Sugestywnie, ale sztywnie.

POWINNAŚ. Wskazówka mordęga. Słowo wręcz zakazane. Stronię od niego i stronić zamierzam, ile mi tylko dane. Gardzę tą radą i owym wyrazem. Oby go jak najmniej. Nie znoszę teorii z nim powiązanej i pogawędki czczej. Nie toleruję, gdy obca osoba zagląda w moje istnienie. Nie jej to brocha, co Ja POWINNAM – absurdalne biadolenie. Pouczenia i aluzje – stereotyp zmusza, bo w tym wieku już POWINNO wyjść mi coś z podbrzusza. A najlepiej pięcioraczki – będę miała z głowy i nie zetknę się z tym zwrotem do życia połowy. Aby całkiem dostosować do niej swą doczesność – znajdę męża i ślub wezmę… Przecież tak mi śpieszno. Kupię auto, nowy ciuch, bo POWINNAM zmienić, gdyż ten stary wyszedł z mody akurat tej jesieni. Też POWINNAM przestudiować sposób bycia i maniery, miast roztrwaniać czas tak cenny na zwiedzanie blogosfery…
Taki szablon egzystencji. Cóż, chyba nie sprostam. Wiem. POWINNAM w tym momencie po prostu się wychłostać.

 

Wciąż nie na mecie w supermarkecie!

Ogony. Ogony. Wszędzie ogony. W każdym możliwym sklepie. Człek chce szybko po waciki, a przy kasie nie najlepiej. Miast powrócić w trzy minuty, to Ja tam dorastam. Na dodatek zaduch straszny i kolejka ciasna. Pchają się zjadacze chleba, jakby pomóc miało. No i mają kurde za swoje, bo się pomieszało: „Pan był za mną, nie przed Panem, Pani w innej kasie!” – wrzawa, kłótnia, awantura… Przyglądam się rasie. Bydło jednak nie przestaje, coraz większe są zamieszki. Trafił mi się – muszę przyznać – przypadek dosyć ciężki. Ni to święta, ni sobota a tak toczą boje. Nie, swych groszy trzech nie wtrącę. Dziękuję. Dziś postoję. Jeszcze ktoś przydzwoni mi pełnym po brzegi koszem, więc podziwiać „sztukę” wolę, o limo się nie proszę. O! Sięgają po armaty: w górę dwa arbuzy! Amunicja wypasiona! Środek obrony duży! To nie koniec uzbrojenia: kabaczki są i dynie. Intuicja podpowiada, że szybko to nie minie. Czekam. Sterczę. Czas odliczam. Spokojnie. Bez paniki. Czasem, tylko dla pewności robię małe uniki.
Nagle, oczy rejestrują – otwierają nową kasę. Nie przepuszczę takiej okazji. Normalnie się połaszę! Nie zdążyłam ruszyć zada, a te całe plemię, tak ruszyło, dało gazu, że mnie wbiło w ziemię…
Znów, od nowa jest utarczka o miejsce przy taśmie – jakże skwarnie, jakże głosno…
No i kurwa ciaśniej!

Jak to płaca rozkosz skraca.

„Wypłato! Wypłato! Bądź w bankomacie! Prośba jedna, jedyna! Gdy zacznę przeklinać żeś anorektyczna – pamiętaj czyja to wina. Nie jesz ostatnio, bilon nie służy? Przecież, nie jesteś na diecie! Jak można pozwolić tak się odchudzać – Tobie – wpływowej kobiecie. Wiesz, nie obrażę się – dobrze mnie znasz – jeśli trochę utyłaś. Widzę, od kiedy Ciebie poznałem, bardzo rozmiary zmieniłaś. Kojarzę początki: to była S, bardzo niewielka S. Wtedy musiałem z tym cwanym Debetem pod jednym dachem zamieszkać! Pozbawiał mnie szmalcu, browarów, radości, bo brał ile wlezie. Ciągle… Litości! Strasznie wspominam odległe czasy i tego nicponia, zboka, gdyż obelżywie zerkał w mój portfel… Aż łezka się garnie do oka! Krucho było, oj same okruszki – na deser suchary, herbata. Wtem, wprost ochoczo zagustowałem w Twoich kredytach i ratach. Po jakimś czasie spasłaś się trochę – muszę Cię zatem pochwalić, lecz ile to poszło smęcenia, gderania, próśb moich i żali… Przyznam – M, to gustowny rozmiar – taki, że w sam raz starczało na kablówkę, ciepłą wodę, gaz. Nawet trochę zaszalałem. Trwało to trzy noce: tu imprezka, tam babeczki, torciki i owoce. Zawsze coś się podebrało – najczęściej, to banany. Ale banan przecie modny – wcinał skoczek znany! Się zdarzały gorsze dni, gdy coś nagle chudłaś, jednak kurczę do tej pory nie ustaliłem źródła. No, ależ Ci wybaczam, każdy ma złe dni – wszak przysięgnij na pin święty – już nie zrobisz tego mi!
Wiem, że konsekwencja, to Twoje czułe „ego”, bo stanowczo i niezmiennie starczałaś do pierwszego. Cóż – raz na wozie, raz tramwajem, czasami na piechotę… Ale, co tam – sport to zdrowie! Tylko, nie w sobotę! Tak, w weekendy – powiem śmiało – jestem domatorem, i w zadaniu tym, nie bujam, mam Ja doświadczenie spore: świetnie pichcę chińską zupę i zalewam formę! Nawet kiedyś obliczyłem, że przeciętnie normę! Sprzątam… Dobrze również pilotuję i to czynność, w której chyba się najlepiej czuję.
Ha! Zaznaczę także – bywały momenty – zazwyczaj przed świętami, że na Twoją marną L zasuwałem godzinami! A, Ty jakże oczywiście, bez skrupułów i bezczelnie, talonami do Szarańczy mnie trafiałaś celnie. Tyle, że te extra kwity, zacytuję ochroniarza: „Są nieważne już od roku, co Pan sobie wyobraża?!”
Czemu jesteś taka złośliwa? Nie dasz z siebie więcej?! W nieskończoność, bezustannie mam budżetu cięcie! Dbam o Ciebie, nie zaprzeczaj – pełna wręcz profeska, więc dlaczego Twe wymiary obecnie, to XS?!”

Co Nam dane? Bańki mydlane.

Usłyszałam kilkakrotnie: „Malownicza przyszłość czeka” – pomyślałam wtedy szczerze: „Trza głosować i nie zwlekać!”. Wielkie plany i zapędy, tak radosne mocne słowa: autostrady, bezpieczeństwo, niezawodna dróg budowa. Nie zaprzeczę. Nie utrudnię. Wręcz zrozumiem. Z tym się zgodzę. Biegnę już po nowe buty – dziur zabraknie na mej drodze. Wiem i pewna jestem wielce, bo nie potknie się też pięta. Chcę wspominać sytuację, ową chwilę zapamiętać. A jakoby sprawiedliwie – osób starszych przyjdzie pora: nowa, lśniąca, niezniszczalna, oto karta jest seniora. To nie koniec przywilejów: proszę Państwa – tańsze leki – cóż, recepty wypisywać i czym prędzej do apteki. W tym momencie przewidując – młodzież głośno Nam zastęka, bo niestety, niefartpeszek, wiecznie im ta gumka pęka. Z braku monet biedne dzieci ryzykują wciąż na ślepca, ale teraz będzie lepiej! Tak! Za free antykoncepcja! Co za pomysł, wyobraźnia! Ja Cię pędzę! Ale czad! Chociaż rzeknę dość złośliwie: niech żałuje ten, kto wpadł.
Rodzic cieszy się, dlaczego? Ha! Darmowe wnet przedszkola! Obietnica mega zacna! Obietnica toż to spora! Najważniejsze, gwóźdź programu: więcej pracy – o, mój Boże – w końcu, wreszcie, bez problemu skromne CV a nuż złożę. Słychać przecie, zresztą pisze: fucha krzyczy, fucha woła! No, to według informacji wszystkich ona przyjąć zgoła!
A podatek? Ponoć padnie. Chodzą słuchy – niby nisko, więc radujcie się Polacy, do bogactwa jakże blisko!”.