Krycha, do licha!

„Krystyna, Krysia – szanuj parapet i błogosław zasłony. Dlaczego kiepujesz szlugi nieczyste we wszystkie możliwe strony? W stronę na lewo i w prawo dość często walisz popioły z peta. Kolor pierwotny już dawno straciła niegdyś beżowa roleta. Teraz szarości na niej widoczne i różne efekty dymne. Zauważyłam nawet ostatnio, że atakowałaś bezbronną rynnę. Ale to nic. Wybacz Krystyna – taka ze mnie Dziadyga, bo kimnąć nie mogę słysząc wciąż w nocy jakbyś się chciała porzygać. Wiem, że to kaszel. Pamiętam na Amen. Przyswajam codziennie ów dźwięk i staram się bardzo nie szufladkować go w kategorii „męk”. Niestety działa droga sąsiadko, działa jak płachta na byka! I będę to Tobie ile się da, będę to Tobie wytykać! Popadnę w bezsenność i w coś tam jeszcze, a także w otchłań rozpaczy. Czy Ty Krystyna w ogóle rozumiesz, czy wiesz, co to naprawdę znaczy? Wyjdź no z mieszkania, charknij porządnie, przypal futro i myckę lub okaż współczucie i weź pod uwagę nieużywaną od lat popielniczkę!”

Oby Panie miały branie!

Niezależność – oto wspólniczka. Wiedzie prym. Stoi na czele. Hojna. Szczodra. Wielkoduszna. Zwolennicy? Multum, wiele! Jej bliźniaczą towarzyszką, jest Swoboda – znana, modna. Daje upust złym emocjom – choć niekiedy, to parodia. Wolność - ów największy boss. Dominuje. Dzierży sznury. Zawsze działa. Zawsze szybko. I ma w dupie procedury. Trzy Lachony panujące – trzy czynności, rzeczy, słowa. Wszak ekipa wnet w rozsypce. Przedostatni jeszcze browar. Chlapną szklankę, albo kilka. Film się urwie. No i koniec.

Chwila, chwila – a internet? „Udostępnić” można stronę…

Niech zwycięża szczęk oręża!

Walka o stołek – kto wyżej siądzie, jak długo w niego nagrzmoci i gdy obróci wokół swej osi – ile się przy tym napoci. Bój o przetrwanie – trza przeżyć w solarium, w sklepie, w kolejce po zwłoki, nim Cię przygniecie cyc z lekka sędziwy i zad nadzwyczaj szeroki. Utarczka o jadło, szlachetny pokarm, by rondla nikt nie zawinął, w którym grochówka na czarną godzinę była kradzieży przyczyną. Jatka o premię, o dwa banknoty – choć poczuć przez moment, przez chwilę, bo zawsze kasa – nie oszukujmy – jest tych starć prowodyrem. Bitwa o tron, o wejście do sracza, to dopiero batalia – kibel zajęty, natura wzywa i bezlitosne wtem „genitalia”. Zmaganie o magistra, doktora, bezrobotnego czy absolwenta – tak Nam wpajano, że status to względy, a względna jest później renta. Potyczka na słowa, cięte riposty, na kurwy i szmaty, ostatnie zdanie: „Teraz szoruj gdzieś za granicę i ucz się języka Ty tępy bałwanie!”. Szarpanina o ogniwo, płomień, zapalniczkę, nawet zapałkę…

Wszak mi tylko jedno znane – mordobicie o drukarkę.

Kuci, kuci… Można zwrócić.

Nienawidzę zdrabniania. Nie cierpię. Nie znoszę. Toż to największe zło. I nie rozumiem, gdy dorośli ludzie miast jak przystało bełkoczą „niom”. Apokalipsa. Tragedia. Dramat. Albo inaczej – braki z przedszkola: zapewne w czasie wbijania polskiego, oni woleli gdzieś sączyć jabola. Teraz w wieku niby dojrzałym zmiękczają istotne sprawy: siorbią kawusie, kawuniunie, lecz co ciekawe nie lubią kawy. Nie mają wzdęć, nie boli ich brzuch, wszak brzusio czasem łaskocze, a żółta ciecz: „To przecież siuśki” – podobno zowie się moczem. Kończyna, którą czyszczą swe zady, to rączka - najlepiej rąsia, a spróbuj wulgarnie ochrzcić ją dłonią – na stówę zaczną się dąsać. Idą na amciu (jedzenie szkodliwe), proszą o picio w plastiku. Wśród towarzyszy błyszczą słownictwem trwając w dziecinnym nawyku. Tak dzionek im mija – broń Boże dzień – noc zaś nie jest do spania, bo tylko spaćki wchodzą w rachubę…

Pominę więc kwestię srania.