Oto wada Darmozjada.

Nieroby klawy mają byt. Na wypasie kraj Nasz zdobią. Siedzą sztywno z dupą przy biurku, po cichaczu w owej skrobiąc. Skrobią, bo ich mocno swędzi od grzania fotela. Zad się spocił. Zad się zmęczył: „O, kurwa już niedziela?!” – i otwiera swego dzioba z wielkim jakże zaskoczeniem – zawsze przecie to odskocznia, poza pierdem tudzież pierdzeniem. Trza się zdrowo zastanowić nad etatem dla Nieroba. Fucha, której brak największy się na pewno przypodoba:  ZUS i składki, urlop… Wypłata! Niech dostanie na co inni zapieprzają całe lata!  Dorzuciłabym ponadto skromny fundusz, coś od Państwa, aby Nierób mógł się rzucić w wir stagnacji, wódy, chamstwa. Bony, zniżki i trzynastki za bezczynność, letarg, martwotę…

A Ja piszę nieodpłatnie, nadaremnie każdą notę…

Jaka przynęta, taka zachęta.

„Co mnie inspiruje? Inspirują mnie ludzie. Ludzie i palenie peta w budzie. W budzie ze świeżym pieczywem, co świeżością nie pachnie, lecz trąci ogniwem. Wali tanią szlugą, pudełkiem zapałek… Później Dziad dziwi się, piekli, że zarobki małe.

Wielkim bodźcem psie odchody, gdy ten śnieg zanika. Tylko kupy, stolce, klocki… Zero. Brak chodnika.

I Lachony zmiennocieplne – fest motywują latem – bo zimą noszą kurtki, kurtki bardzo puchate. Spod pierza nozdrza wystają i dłonie krwistoczerwone. Wszystko pochowane. Wszystko nadal opalone.

Natchnieniem supermarkety. Mohery w nich. Istoty. Nie ma sobie gdzie rozprawiać, to w kolejce newsy, ploty: słuchasz nie chcąc słuchać ich sędziwych rad, przykazań nie z tej ziemi tajemniczych bab.

Pobudza także znajomy, co Cię nie zna – tak się zdaje, a w tym świecie wirtualnym, do przesady rozpoznaje: „Co u Ciebie, jak Twe zdrowie, normalnie, no nie wierzę!”  Znów wysyła zaproszenie…
Przepraszam, wyżej mierzę.

Skrzydeł dodaje kino – tam istna „ogłada”. Szkoda słów. Już opisane. Się powtarzać nie wypada.

A teatrze, jak w teatrze – takt, uprzejmość, klasa. Nic mnie w nim nie inspiruje. W takich przecież żyję czasach: gdzie smród, draka, awantura, tam też zapał, pasja, wena, a gdzie cicho, przyzwoicie – nie ma czego szukać. Nie ma.”

Dezorientacja in korporacja.

Zmienność. Niby zmienna jest kobieta: zmienia majtki, fryz swój zmienia, zmienia zdanie i faceta. I pogoda niby zmienna – zaskakuje wiecznie zmianą – wiosną w zimę, zimą w lato, tudzież drogą zasypaną. Również zmienne często zmiany, gdyż, co chwilę jakaś zmiana – dzień, godzina, grafik zmienny, zmienna norma, zmiany w planach. Strefa zmienna i czas zmienny, więc przestawiasz zegar ścienny. Zmiana myśli, zmiana chwili… Wszystko zmienne, nawet Release.

Milczenie jest w cenie.

„Idziemy na Maraton. Maraton późną porą. Wszak przygotuj się – na przedzie wali chamstwem i oborą: gówniarzeria w pierwszym rzędzie z tego przecie słynie, że dopływa na „seansik”, by najebać się. Tu. W kinie. Ryje młode i smarkate raz pierwszy bez nadzoru siorbią browar ile wlezie. Bez skrupułów. Bez oporu. Rzucają tanie żarty, pijąc tani trunek, który im wystaje spod tanich podkoszulek. Bachory ordynarne w wieku dojrzewania. Pustka w łepetynie – kultura także tania.
Nie zabrakło – niefartpeszek – hołoty starszej wiele, albowiem wpadła z planem, z wyznaczonym celem: pogadać sobie przyszli, zapewne o sterydach, gdyż ich mięśnie wyrobione w ciemnościach było widać. W łapie przybrał centymetrów – święto, kurwa, lasu – musi szybko i niezwłocznie oświecić przydupasów. Prosto po siłowni, w dziwnym nieco stanie dyndał na słuchawce – to również dosyć tanie…
Bilet tani, popcorn tani, wszystko tanie – klawo – ale cisza podczas filmu jest bezcenną sprawą!”