Historia ciut żałosna o przygodach tosta.

Toster: urządzenie niedrogie z supermarketu i przyrząd do opiekania chleba. Jeśli nabywca pragnie coś zeżreć, to najpierw o zgodę zapytać się trzeba. No ależ, kogo? Drugiego nabywcy, co sprzętu szefem się zowie – on go wydaje i rekwiruje, on Cię pouczy, on Ci podpowie, on głos podniesie i on się oburzy, więc szanuj zasadę: „Nie wolno nakruszyć! Szczątki pieczywa to grzech niepojęty! Akt wszawy, paskudny! Kto się dopuści czynu, wybryku, ten jak ów toster nieczysty i brudny! A na dodatek wspomniana rzecz ma miejsce grzać u mego boku! Nie waż się nigdy mi jej odbierać! Chcę mieć ją zawsze w zasięgu wzroku! Każdy człek, co nakaz złamie – jego facjatę przerobię na złom! Tak Ja uchwalam! Tak Ja orzekam! Koniec dyskusji. Finito. Niom”.

Cóż… Teraz mam duszę grzanką skażoną, zeschłą i czerstwą – jak wiór, wszak brałam udział w pięknej historii, w której z okruszka narodził się spór.

Wzdęciowy hit czy absurdu szczyt?

Kocham jedzenie. Tak po prostu – uwielbiam wpierdalać nad życie i robię to zawsze, jak tylko mogę: nocą, w południe, o świecie (zresztą nad ranem największy głód ogarnia moje wnętrzności). Nie mam umiaru, nie mam skrupułów, nie ma wyrzutów i nie mam litości. Układ trawienny tyra jak wół, zasuwa przez całą dobę bluzgając zapewne od żarłaczy białych – mnie – zachłanną osobę. Szamię, podjadam, rąbie i wcinam, co jest w zasięgu wzroku. W zada nie idzie, w cycki nie idzie – rośnie mi bęben – nie jestem w szoku. Staję na licznik i dalej nic – non stop waga piórkowa, więc wtórnie zaczynam dokarmiać żołądek, zapycham się, pasę od nowa. I tak co rusz, w koło Macieju powtarzam czynność wspomnianą, próbując oszukać przemianę materii i lekkość odbytu przez los mi daną. Co przodem wejdzie, tyłem wychodzi – szybko i bez gadania; wciągnę kurczaka, muśnie żołądek i już po chwili nie czuję drania…

Taką ów oto doświadczam karę, takie ponoszę brzemię i nadal potwierdzam, jak wyżej podkreślam – formalnie, dosłownie – kocham jedzenie. Lecz inspiracją nie był posiłek, otyła Ameryka, spragniony studenciak – ku zaskoczeniu naszła mnie wena, gdy usłyszałam reklamę o wzdęciach.

„Monolog do K.” – niech serce me zna.

„Halo, Krystyna – Krysiu najdroższa – dni cieplejsze nadchodzą; ptaszęta jodłują, słońce oślepia… Lub pogodynki dowcipem Nas zwodzą. Wszak Ja się raduję na ową aurę, gdyż wyjdziesz z dziupli, z letargu i powędrujesz krokiem rozlazłym, aby nasmrodzić tym razem w parku. Zresztą zatruwaj co dusza zapragnie, byle nie okna po prawej, a jeśli w końcu się dostosujesz nie będę pisać o Tobie rozprawek. Nie będę zrzędzić, że charczysz po nocach trącając moje bębenki i widząc braki w jamie paszczowej się nie odwołam do sztucznej szczęki. Zostawię w spokoju felerny beret i słynną, czerwoną pomadkę, a na dodatek przedstawię Cię jako – wziętą na dzielni klawą sąsiadkę! Nigdy też więcej nie wywnioskuję, że w Twe owłosienie uderzył piorun…

Zastanów się nad tym Krystyna. Powtarzam: zastanów się. Bez odbioru”.

There is no point – Wesołych Świąt!

Jajogłowy kurator zbaraniał wręcz w Biedronce, gdy zobaczył podwójnie kolejki różne końce. Chuj wie czy astygmatyzm dopadł go w markecie, czy skutek to złej diety – bo odchudza się przecie. Co tu zrobić pewnie myślał gładząc pierwszą łysinę, nadrabiając wytrzeszcz oczu i zmizerniałą minę. Postoi jak przystało stać biznesmenowi – miast słuchać intuicji – w radiu słuchał Myslovitz. Przesuwał się moonwalkiem zręcznie w kasy stronę, wierząc w moc promocji, by starczyło monet. Kosz wypełnił solą, chlebem świeżym średnio, szynką niby dobrą, biadoląc odpowiednio: „Proszę Pani, Panią proszę ze mną się nie droczyć, gdyż zakupy właśnie robię z okazji wielkiej nocy. Noc to wielka, z tej przyczyny, migiem już tłumaczę… O żesz w mordę, toż to święta, w ogóle, co Ja pacze!”

Ów przypadkiem Jajogłowy wziął w troki swoje jaja, bo ktoś musi je poświęcić – obecnie, właśnie, zaraz! A jeśli z poświęcenia wyjdzie istna ruja, niech krzyczy wniebogłosy, niech wyje –  Alleluja!

Mdła – nie złota – anegdota.

Fajnie jest wstawać o piątej rano, gdy inni śpią jeszcze rodacy – to mnie nakręca, jara, podnieca, więc lecę wtedy na skrzydłach do pracy. Tak samo kolejki w supermarketach – lubię w nich sterczeć, układać koszyki i chłonąć dźwięk kasy fiskalnej, bo wielbię nad życie ten rodzaj muzyki. Czczę moment kiedy brak Internetu – choć płacę za sieć, a sieć nie jest tania – to relaks dla duszy, serca, umysłu… Darem ów etap czekania. Miłuję zaczepki, tanią bajerę, amory od obcych ludzi – cenię roboli, naćpane dzieci, gdyż wiem ile muszą się przy tym natrudzić. Gustuję w doszczętnym braku kultury, w pełnym po brzegi kinie, ponieważ mogę się wkurwiać do woli, a przez to czas mi szybciej płynie. Podziwiam mohery podczas podróży – ich wolę walki o wolne miejsce i czuję smutek, żal, utrapienie, jeśli niestety ponoszą klęskę.

Ubóstwiam wszystkie wspomniane rzeczy. Ubóstwiam zawsze i w każdej chwili. Ubóstwiam piekielnie. Ubóstwiam nad wyraz. Ubóstwiam…

Prima Aprilis.