Transformacja na wakacjach.

Noc. Mroczna noc. Noc to wyjątkowa. Idzie Ona. Trzeźwa wielce. Nic nie boli, nawet głowa. Kroczy, stąpa w czarną otchłań – ale nie rozpaczy – brnie odważnie, dynamicznie, bać się nie śmie, bać nie raczy. Imię? Oj, imiona nie posiada – nikt jej nigdy nie mianował, szkoda nerwów, by coś nadać. Dysponuje pseudonimem oryginalnym nieco – zwą, wołają, tytułują… Tak po prostu – ot, Kobietą. A Kobieta, jak Kobieta – niezwykła matrona: jeszcze trochę i jej lico wymalują na bilonach, gdyż banknoty ozdobiło nią wręcz Mężczyzn wielu, kiedy szlaban piął się w górę i błyszczało się w tunelu.

Tunel znali Jegomości, Goście, Dżentelmeni… Jeden nad oprawą zrzędził, drugi wystrój wnętrza cenił, lecz Kobieta oświetlała owy podkop nie daremno – chciała sprostać ich obawom, by nikt nie szedł nigdy w ciemno, a od święta i niedzieli znaczniej się starała i lampkami wprost z choinki na dwie mile promieniała.

Skromna, cicha to Kobieta z obłąkania nutą, jednak sprostać potrafiła epitetom i zarzutom: że wygląda jak budowla zgoła geotechniczna, że metoda jej sklepienia tuzinkowa i komiczna, że jej sztolnię wydrążały górnicze lutniociągi i że przejście jak dąb rosłe, niczym cztery ruskie czołgi…

Gdy wspomnianych wyżej słów Kobieta miała natłok – bez skrupułów, bez litości, w korytarzu gasło światło, wszakże stroniąc od bezludzia, telenowel, pustej szklanki, zapraszała do tunelu bratnie dusze – Torowianki.

- To nic złego – powtarzała – żem ich tutaj goszczę – gorzej gdybym w skromnych progach swawoliła dziś z Proboszczem. Oni biedni, owdowiali, zatraceni na tych torach, odzyskują człowieczeństwo przebywając w mych ramionach. Nie potrafię ich zostawić tak na pastwę losu…

I znalazła swój na smutki ów Kobieta sposób. Czuła, że to dzięki temu wróci do niej dobra karma, więc zaczęła od tej pory kultywować wolontariat: podnosiły się szlabany noce, doby, miesiące. Chłopcy wyli do księżyca i dawali koncert. Wjeżdżał Expres, TLK, Regio, Inter City. Drżała ziemia, drżała Ona, drżał też cellulitis. Tabloidy pisywały o tejże Kobiecie, która miast opłatę dzierżyć woli istnieć na debecie. Zasłynęła otwartymi zawsze i wszędzie drzwiami, byle każdy doznał szczęścia – ateista, chrześcijanin…

Zdarzały się postoje, co dni dwadzieścia osiem, wtem życie bohaterki pogrążało się w chaosie: tunel zalewała menstruacji rzeka i nawet Ful Pośpieszny wytrwale musiał czekać.

Czasem strajki i zamieszki wzbudzano niebywałe… Lecz w końcu wolontariat okazał się nań darem: w ciemnicy raz zagościł bezpieczny Osobowy – ten poziom zawieszenia uderzył jej do głowy. Zaparkował dwa wagony, aż Kobiecie poszło w pięty. Na czerwone status zmieniła i od teraz tunel zamknięty.

Uprzejmość i klasa w upale wygasa.

Jadą, jadą samochody – taka kurwa pora. Nie przepuści nawet jeden – mnie ani bachora. Stoję, stoję, bo stać każą – arogancki czyn. Nieświadomie towarzyszy czyjś tam pewnie syn. Patrzę, patrzę zwalnia Opel – nabieram rumieńca. Wszak rumieniec zaraz znika – Opel nagle skręca. Z nerwów mruczę pod kichawą, bluzgam, tupię, tupię. Irytacja coraz większa – dzieciak ma to w dupie. Światła widmo, przejście widmo – nie wiem już co gorsze… Teraz chyżo bym przebiegła – pędzi Porsche, Porsche (się ścigają dwaj bliźniacy o fikuśnych licach, których magia i historia dziś nikogo nie zachwyca). Berbeć głową kręci, kręci wspominając auta. Jemu wręcz nic nie przeszkadza, będzie sobie stał tam. Mówię, mówię chłopakowi: „Choć Cię przeprowadzę” – wyobraźnia zadziałała, nie spodobał się obrazek. Na dodatek bez obiekcji, manier i bez „ale, ale”, smark odwrócił się na pięcie wystawiając znany palec.

Ścieżki życia – na trzeźwo i podczas picia.

„KOCHAM CIĘ ŻYCIE” – WERSJA NA HAJU

Uwielbiam słońce, co bladym świtem skrada się przez firanki: muska powieki, łaskocze rzęsy… Bo kocham Ja takie poranki!

Uwielbiam wiatr, co popołudniem otula ciało łagodnie: i świszczy i nuci i pogwizduje… Bo kocham Ja taką melodię!

Uwielbiam deszcz, co późnym wieczorem kroplami zmywa dnia znamię: mżawką nawilża, chmurami osusza… Bo kocham Ja takie kąpanie!

Uwielbiam księżyc, co czarną nocą w swym przeznaczeniu i sprycie, pozwala oddać się sennym marzeniom… Bo kocham Ja takie życie!

 

„KOCHAM CIĘ ŻYCIE” – WERSJA MALKONTENCKA

Nienawidzę słońca, co bladym świtem wprasza się przez zasłony: daje po oczach, wypala rzęsy… Taki to promyk jest pierdolony!

Nienawidzę wiatru, co popołudniem piździ po moim ciele: i świszczy i nuci i pogwizduje… No chyba kiedyś Ja ochujeje!

Nienawidzę deszczu, co późnym wieczorem kroplami tapetę mi zmywa: mżawką zacina, chmurami olewa… Do dupy taka inicjatywa!

Nienawidzę księżyca, co czarną nocą w swym przeznaczeniu i sprycie, świeci po mordzie i spać nie mogę… Co to kurwa za życie?!

Krwawy czas – wszyscy pas.

Okres. Okres wszystkiemu winny. Okres otwarty a sklep nieczynny. Okres pretekstem rozwodu – maż bał się krwi i nie miał wzwodu. Przez okres katastrofa smoleńska, za słona zupa, życiowa klęska. Okres wywołał Tsunami. Okres jest szpetny, passe, do bani. Przez okres nie będzie lata. Okres też równa się niska wypłata. Okresem jest stan psychicznie ciężki. Okres wspólnikiem rodziny Waśniewskich. Okres za skórę zalezie – okres buntu to w dużej mierze. Okres urywa głowy. Układ też okresowy. Okresem staniesz na nogi. Okres ze free. Okres nadgodzin. Okres spokoju i okres zostaw. Okres nie zając. Głupia riposta.