Rzecz rozkminię synonimem.

Syf, kurzajka, krosta, pryszcz – szybko działaj, szybciej zniszcz. Wągier, franca, pypeć, wrzód – zniwelujesz, no to cud. Nieład, kołchoz, brud i chlew – już nerwowo drga Ci brew. Burdel, zamęt, chaos, młyn – miast palanta – skurwysyn. Lipa, bubel, kicz, dziadostwo – agresywniej, dziko, ostro. Meksyk, obłęd, szał, badziewie… Będzie lepiej? Nikt nic nie wie.

Wręcz z podskoku tytuł roku.

Denuncjacja, to choroba? Zaburzenie? Anomalia? Czy pazerność na zarobek, na dodatki, honoraria? A nuż droga do umizgów i głaskania odbytnicy lub ogłady, lojalności, piątej klepki pełen deficyt… Szczyt ambicji, szczyt godności, szczyt poszanowania? Nigdy chyba nie zrozumiem wspomnianego zachowania: jakże można zwać przywódcą, liderem i mentorem, kogoś, kto wręcz zapierdala, by nabredzić lisim jęzorem. Dzień zaczyna skarżąc wiernie, wyliczając przewinienia i dzień kończy tak jak zaczął, czyli nic tu się nie zmienia. Drzwi i klamki, numer izby dzierży w małym palcu. Nie ma żadnej konkurencji, zagrożenia wśród bywalców, gdyż jedyny, niezlękniony, kapuś to – zaiste – no i w owej dyscyplinie, trzeba przyznać, jest on mistrzem.

Miałam nie wnikać… Pokonajcie Krecika!

Nie interesują mnie mecze, gry żadne, turnieje. Nie wiem kto z kim i co się z nim dzieje. Nie znam żadnej drużyny od przysłowiowej podszewki, Nie chcę wiedzieć co to spalony, nie śpiewam „przyśpiewki”. Nie potrafię „kurwować” i modlić się o gola. Mogę za to chętnie odejść od telewizora. Moja wiedza o „kopaniu” jest mniej niż amatorska… No, ale niech się stanie, niech wygra w końcu POLSKA!

Jak w piękno popaść bez photoshopa:

Po pierwsze: lico chluśnięte żelem do mycia, by nawilżone dzień cały zostało – jak na ulotce, jak przykazano – ciut, odrobinę, po prostu mało.

Po drugie: krem nałożony i uklepany – zmarszczki wytępić ma za zadanie – stosuję, bo blisko, oj, coraz bliżej mi do starości jest jakże dane.

Po trzecie: substancja magiczna, co bazą się zowie – na niej bazują fluidy wszelakie, wszak nie pytajcie, bo nie odpowiem, bo nie pamiętam zwyczajnie jakie.

Po czwarte: oddech wstrzymany, otwieram tubę i moje oblicze w ofierze składam, biorę w kończyny, rozcieram upiększasz i na facjatę podkład nakładam.

Po piąte: patrzały zielone jak glony w Bałtyku – co blisko dostrzegą, lecz z dala nie jarzą – muskam kolorem niejednolitym: odcieniem tęczy i czarną mazią.

Po szóste: nadstawiam policzek i tłukę go, chłostam różem różowym – przeżywam wstrząs – bywają chwilę, że zdradzam rumiany, bo śpiewał Rynkowski, iż lubię brąz.

Po siódme: oprószam dzieło pyłem dość sypkim i wtem wychodzi wręcz ze mnie sknera, bo staram się puder wyżej wspomniany tu ograniczyć do niemalże zera.

Po ósme: ósemka to znak nieskończoności, więc w nieskończoność zaglądam w lustra i jestem pewna – jakoby narcyz – na pewno wszystkim przypadnę w gusta.

Kilka słów… Czapki z głów!

Dziecko: istota poczęta z damskiego krocza. W dniu narodzin nieurocza. Odseparowana od łożyska. Franek lub Franciszka. Niemowlę, bobas, bachor – nie pomoże żaden znachor. Piegowate, ciemnego lica. Z cycem i bez cyca, z penisem, bez penisa – chłop się starał czy nie spisał? Ładne bądź brzydkie wielce. Chude, z pokaźnym cielskiem. Planowane, cud i wpadka. Cały ojciec, cała matka. Głodomór, smakosz, niejadek. Pokraka i kaskader. Szczerbaty, białego zęba. Buźka, pyszczek, gęba. Aniołek, Diabła wcielenie. Nagroda, czasem brzemię. Pracowity albo leń…

Niech się cieszy – ma swój dzień.