Wzmianka uboga z okazji Dnia Bloga.

Dwanaście miesięcy – dni ponad trzysta – liczba parzysta i nieparzysta. Czy coś zmieniła na owym blogu?

  1. Więcej Krystyny i jej monologów.
  2. Moherów mniej, bo ileż można… (jeszcze mnie jakiś w busie rozpozna)
  3. Słowa gryzmołów – nieśmieszne wcale – wręcz malkontenckie, rozpustne żale.
  4. Rymy składane – tragiczne i boskie, dobrane, przeciętne lub częstochowskie.
  5. Statystyk nie lubię, statystyk nie tykam, gdyż mało mnie widzi i mało mnie czyta.
  6. Wahanie szablonów, ot kilka razy – to nic nie boli, to nic nie waży.

 

Jak widać przełomów liczba znikoma – nie ma poklasku, wciąż z butów słoma. Brak autografów i blasku fleszy. Nikt nie ubliża, nikt się nie cieszy.  No, a Ja piszę, natrętnie tworzę – raz zajebiście, raz „pożal się Boże”, bo co tu czynić – trza bloga dokarmiać, odbębnić pasję i wolontariat. Udawać łebską, wszechstronnie obrytą i stawiać wszystko na jedno kopyto.

A TERAZ…. ŚWIĘTUJMY DZIEŃ BLOGA!


http://waszymzdaniem.blog.pl/2012/08/31/swietujemy-dzien-bloga/

Nie zmuszam, nie grożę i serio, zaprzeczam – nie było łapówki – po prostu polecam.


http://www.adlew.pl


http://dajdwiefajki.blox.pl


http://piwomani.blogspot.com


http://zapomnianareklama.blogspot.com


http://trzaskprask.blog.pl

Panowie i Panie – zabójcze pytanie.

Bydło w sklepie, w sklepie bydło – wszędzie pot czuć i pachnidło. Zwykły dzień w środku tygodnia – pomysł, czyn i w końcu zbrodnia – nieustanna rzeź w markecie: suma piątków, sobót, niedziel. Na początek: stryj, sąsiadka – czuły dialog albo jatka. Później: córka, córki brat – reklamówka pełna szmat. Matka ich przeżywa dół: „Tyłek mam jak dwóch i pół! Ta sukienka zbyt falista! Do cholery, gdzie stylista?!”. Niefartpeszek – nie ma gościa, a on zna się na nowościach. Matka zdana na swój gust. Numer kręci – cóż – do sióstr. Siostry, w mordę, na urlopie. Trza polegać tu na chłopie. Woła chłopa – chłop w oddali: „Ciul nie słyszy – głupa pali!”. Kto następny? We mnie paluch. Oj, zabieram zad pomału. Nie zdążyłam, moja wina. Matka: „Start!” – ciało wygina: w przód i w tył, i w bok, z ukosa, symuluje, pozy ciosa, pręży cyca, łydy zwiera….

„Będę dzisiaj super szczera” – tak powtarzam sobie w myślach. Matka wtem temat uściśla: „No i jak, dobrze leży?” – Ja nie wierzę, ona wierzy. Merda srogo wciąż spódnicą… Obietnica – obietnicą, więc zarzucam słowotokiem: „Może być…”.

Zabiła wzrokiem.

Oto dowody – wciąż trwają zawody.

Zło konieczne w autobusach (?) – Moher i jej podła tusza: tak, to postać z piekła rodem, co nie idzie na ugodę. Pcha się wszędzie, bez litości. Wywołuje lęk, szczękościsk. Łamie tipsy, konwenanse. Najpewniejsze zna dystanse. Skacze w dal starczą powieką: widzi po co i dlaczego. Popisowo swą grabulą wykonuje pchnięcie kulą. Atletycznie włada cielskiem. Wszystkie zna pojazdy miejskie. Niczym krewny Casanovy zwinnie strzela łukiem brwiowym. Pływa świetnie po siedzeniach mając w dupie wykroczenia. Obserwuje, bacznie zerka – wieczna w głowie trwa szermierka. Rzuca koszem i do kosza, bo kierowca winny grosza. Nosi brzemię pełnej siaty – z ciężarkami przeszła na „ Ty”. Aby z okna zdjąć ulotki uskutecznia bieg przez płotki. Robi zamęt i zapasy, gdy w rozkładzie zmiana trasy. Tam boksuje, tu zagada… Istna kurwa olimpiada.

Krystyna – początek.

Krystyna – zza ściany sąsiadka. Gruźliczka na wyższym poziomie. Gdy otworzy swój gębofon drzemki kres i koniec. Charczy, chrząka, chrzani mnie i nie zauważa, daje koncert prosto z okna, środowisko skaża. Rytualnie pali faję – tak, co dwa kwadranse. Karmi płuca nikotyną w nieprzerwanym transie. Dym unosi się na prawo, wprasza w zacne progi, atakuje nozdrza, czuję – papieros to niedrogi. Wiem, że zaraz, wnet, za moment, doznam większych męk, bo usłyszy małżowina taki oto dźwięk:

- Elo Krysia! Krysia elo!! Przestań tłuc kotlety! Choć na spacer, moja droga! Wyjdź no spod rolety!

Przyjaciółka jej najdroższa nie zawiodła znowu i pod parapetem czekała w pogotowiu…
Wyszła Kryśka więc do okna, by przywitać „swoją”, co podobno budzi respekt bawełnianą zbroją.

- Jak tam Ryba, mój chłop w pracy, przyłaź, no, na kawę!

- Ty chodź do mnie, Krysia proszę, przed starym mam obawę!

- Przecież mówię, że go nie ma, w robocie do piętnastej, choć na fusy, mówię Tobie, poczęstuję ciastem!

- Nie, Krystyna, ja nie wchodzę, jeśli masz ochotę, to Ty do mnie dawaj szybko – zaraz, a nie potem!

- Spieprzaj Ryba, do cholery, kartofle właśnie wstawiam, bo staremu obiad trzeba – od początku mawiam.

- No, nie kłóćmy się Krystynka – szkoda znajomości – a Ja tylko bardzo chciałam u siebie Cię ugościć..

- Jakie sprzeczki, ocipiałaś?! Toż, to jest rozmowa! Idę w gary, Ryba, idę, staremu ugotować.

I zniknęła tak sąsiadka – jednak nie na długo – zaraz z kuchni powróciła z odpaloną szlugą. Cztery buchy i  pujara na czarną godzinę, a godzina ta nadchodzi – nie kłamię – wręcz, co chwilę. W okamgnieniu pod witrażem wyrosła inna znajoma, która wielce i piekielnie była rozdrażniona:

-  Słuchaj Kryśka, nie dam rady, mój chłop to mnie wykończy; ciągle siedzi przed ekranem i te piwsko sączy. Tylko chodzę i podaję – podaję i chodzę, a on jeszcze mi bezczelnie, żebym na jednej nodze!

- Ja staremu nic nie robię, oprócz, wiesz, obiadu. Czasem kupię stare jabłka – oby się nie zatruł. Zrób tak samo, kup owoca, mięso, jakiś nabiał, a jak będzie truł Ci dupę powiedz żeby spadał! Mówię Tobie, z chłopem tak trzeba, słuchaj się mnie Ryba i zobaczysz skończy jęczeć, skończy mówię…. Chyba.

- E tam Krysia, tak nie mogę, bo mój chłop to padnie – zjeść porządny obiad musi… A Kryśka! Nie zgadniesz…

I tak w kółko i bez końca, wieczny bełkot i mamroty… Zamiast ględzić mi pod oknem, niech się wezmą do roboty!

Krystyna, to nie Twoja wina!

„Krystyna śpioszku!” – psiapsiółka wzywa pełznąć w stronę lufcika – idzie ostrożnie, mijając psie kupy, po czym gwałtownie znika. Stanęła w dołku i w dołku zostanie – słyszę żale głębokie. Krystyna spojrzy, Krystyna rzuci, ogarnie to fachowym okiem. Krystyna do tego prawdę jej powie, pochwali kwiecisty kapelusz, co głowę przyzdabia niestety tylko w tymże wspomnianym celu. Krystyna zaprosi na ciasto, herbatę, odpali szluga w pokoju. Krystyna zawsze przy oknie czuwa w odświętnym, wyjściowym stroju… A Ryba podąża za słowem wodza – słucha, rozważa, przyswaja… Krystyna czasu, oj, nie marnuje – z dymem kolejna faja. Pali i mówi, mówi i pali, mówi paląc – nie głupa – ciekawe, kto pierwszy „czynny’ czy „bierny” zdobędzie ów poziom trupa…

Rady, sugestie, wskazówki, rebusy i w końcu jest – eureka! Wszak Ryba przerywa ciętą ripostą: „Idę, bo stary już czeka”.