Żałosna wiosna.

Idzie Wiosna… W zaspę wpadła. Hukła równo. Trochę zbladła.

Leży Wiosna w śniegu kupie – pług ją zgarnął – ma to w dupie.

Czeka Wiosna na doraźnej, w pół złamana. Eh, nie ważne…

Stoi Wiosna cała w gipsie – teraz Zimy się nie wyprze.

Mówi Wiosna: „Dam Ci w sopel, jeśli w końcu pójdziesz sobie”.

Myśli Zima nad ripostą i po chwili rzecze ostro:

„Walę Twoje przebiśniegi – mi się dobrze w Polsce siedzi”.

Satyra do wyra.

Wyro. Wyro dobre na wszystko: na kaca, na sex, na lenistwo. Wyrem życie usłane. Wyro ma przejebane: z wyra jest szafa najlepsza. W wyrze najczęściej się wpieprza. Na wyrze przeróżne „kwiatki”. Przez wyro spóźnienia i wpadki. Wyro świadkiem chrapania. Wyro jak Wielka Brytania…

Wszak wyro też jedną ma wadę – styczność codzienną z zadem i gdy zdarzy się krupnik obfity… W wyrze, co?  Podkołdernik jadowity.

Zupa z trupa.

Najdroższa Mucho w  zupie – widzę Ciebie, podły trupie. Ani drgniesz, ani nic, a Ja patrzę – głodny widz. Tańczy kiszka, burczy brzuch… Eh, podmucham w miskę  – „Buch!”. Zimny oddech z mojej jamy… Mucho, nawet się nie znamy, jednak sfrunąć miałaś czelność w pierwsze danie. Nadaremno. Zgon na miejscu. Ogórkowa… Ktoś ją musiał ugotować: obrać ziemniak, trzeć kiszone… Wszystko było ustalone! Chciałam zjeść tę pyszną ciecz – teraz tylko mogę chcieć. Zrujnowałaś obiad życia! Pragnę jadła – Ty odsypiasz. Lewitujesz po studencku w kupie ziomków, ekskrementów. Święta jesteś! Owad święty! A posiłek wciąż nietknięty. Wstaję. Idę do jadalni – pół osiedla się tam karmi. Głodna, ale trzymam fason: „Proszę żurek z kiełbasą!”. Biorę łyżkę – niespodzianka – w barszczu Twoja koleżanka.

W PKP – wojak? NIE!

Jedzie po torach lokomotywa, w niej grupa wojskowych – palantów zgrywa. Pierwszy w pasiastej koszuli polo dziurę ma w spodniach, nogi go bolą. Drugi – w binoklach się zgarbił mocno i głowę swą oparł o deskę pomocną. Trzeci – cherlawy zajada pieczywo, się najebawszy zgłodniał o dziwo. Czwarty – Boss paczki przyodział pierścień – będzie chwalony za to na mieście. Piąty i szósty z przodu, na czatach – kryją na dymku kolegę buraka.

Stanęła na stacji lokomotywa – w niej trepów gromada do snu się wyrywa. I cisza i spokój. Ład i posucha…

„Ej, prymitywność – oddaj fartucha!”

Ruszyła ponownie lokomotywa – w niej dalej żołnierka palantów zgrywa. Alkohol tryska, kurwy z ust płyną, zachwyt w rozkwicie rudą dziewczyną. Ten siedzi, ten stoi, ten dupę zawraca – razem jak jeden „elita” się stacza…

Tak oto kompanów w komplecie szóstka (ot, podejrzewam, że wpadła przepustka), muzyki słucha w za głośnym tonie – zapewne dla szpanu w kradzionym I’Phonie. Suchary suchsze niż czerstwe buły. Bezmózgie parówy i tępe guły. Zrozumieć – cóż – trzeba, lecz okraszę to słowem….

Inwalidztwo umysłowe.