Jaka era – taka sfera.

Przyjęłam na klatę kość ogonową,
Kość Tyranozaura,
Ukryłam kończynę z niewinną sową,
Aby Godzilla mi ptaka nie zżarła.

Przygniótł mnie ciężar czterech liter.
Wielkich – raczej nie małych.
I one były wręcz nieumyte,
Czułam, gdy się wypinały.

Dzielnie stawiałam czoła i nozdrza,
Mięsożernemu stworzeniu
I potylicę cofnęłam z ostrożna,
Bo ile można podążać w cierpieniu…

Czekałam chyba lata świetlne,
Aż Gad wypchnie swą tusze…
Rzecz działa się – oto najlepsze:
Nie w Kredzie, lecz w autobusie.

Mam dzisiaj smaka, więc: „Oda do Mc – a”.

Wielki Boss i Pomagiera

Zawitali do „gospody”,

Gdyż zrobiła się afera,

Heca, draka, epizody:

Big Mac chce rozmiaru S

Frytki wciąż wołają „Maja!”

Mc Muffina dopadł stres

Słyszał plotki, że ma jaja

Wieś Mac twierdzi, że on z miasta

A Espresso – aż z Etiopii

Ciastko, nie jest wcale z ciasta

Lód zagroził, że się stopi

Cheeseburgera nic nie rusza

Głosi, iż mam wszystko w … serze

Mc Royala gnębi tusza

Wołowiny już nie bierze

Coca-cola strasznie zimna

Coś na Sprite-a patrzy z łyka

I nie czuje się nic winna

Gdy z lodówki szybciej znika…

Wreszcie Boss i Pomagiera

Wzięli sprawy w swe liczniki

Jako symbol bohatera

Przemówili do „publiki”:

„Koniec tego moi drodzy

Stop tym sprzeczkom i skandalom

Proszę nerwy mieć na wodzy

Albo precz opuścić salon

Trza żyć zgodnie z Naszą renomą

Sławą, marką – bez wyskoków!”

Jak finał? Toż wiadomo..

Bo McDonald’s nastał spokój.

„Cętkowany”, czyli znany.

„Szukam przystojniaka, który szlaja się po parku. Nie nosi zegarka, lecz zna się na zegarku: wie zawsze, gdy wracam, że jest dwudziesta druga. Luka spod czapeczki, zalotnie do mnie mruga. No właśnie: na głowie ma czapkę granatową, zawsze tę jedyną, pewnie ciągle nową. Wygląda dosyć nieźle, nawet na hipstera – fajny strój narzuca, gustownie się ubiera. Chodzi krokiem żwawym, bardzo pewnym siebie (oceniam rozmiar buta gdzieś na czterdzieści siedem). Bezsprzecznie owych stóp nie zdobią też Air Maxy. Z lekka „biały gangsta” jak się tak przypatrzyć. Twarz chyba podłużna – w nakryciu słaby zarys – młode lico w ciemni, choć stawiam, że jest stary. Rozmawia przez komórę większą od iPhona…. Podeszłabym do niego, wszak jestem przerażona! Błagam, niech ktoś pomoże, inaczej będzie klęska! „

Już się dowiedziałam. Ten osobnik to…. Straż Miejska.

Morał z tego taki, że nikt nie wie jaki.

Poszły dwie Parówki

Do garów się grzać:

„Jaka zimna woda,

O w mordę, kurwa mać!”

Usiadły na dupie,

Zerwały folię swą,

I jak w Serdel-Porno

Together się parzą.

Duszą i gotują.

Pitraszą, że aż wrze

Nagle jedna prawi:

„Parówo – ja nie chcę.”

 Druga oburzona,

   Podeszła ją z kęsa:

„I tak przecie babo

    Nie masz w sobie mięsa”.

Wtem zapanowała

  W garze wielka cisza,

   Przez te durne fochy

  Nikt ich nie usłyszał.

   Nim się więc zjarzyły,

   Nim się obie zlękły

Miast pozostać damą

   Bez oporów… pękły.