Czapki z głów.

Wkroczył na salon dziś Książę z bajki: oddech jak kupa wprost z betoniarki. W rękach dwie buły, sok z pomidorów. Sumienie rzekło: „Weź go zignoruj”. Jednak pisany był, ja to wiem. Spośród pięciorga – wybrał, ot, mnie.
- „Dzień dobry. Powtarzać nie będę się dwa. Chcę czapkę zimową. Raz, raz, raz! Jestem spóźniony już minut kilka. To, gdzie te czapki?”
Ach, żem debilka…
- „Proszę zaprosić mnie na te czapki!!”
Poszłam z miłości, na oczach klapki.
On ruszył jak byczek na torreadora. Ja przed nim pośladem nie byłam skora, lecz jak dżentelmen przepuścił przodem…
On jebnął o front – tak mimochodem.
Serce zadrżało me do rozpuku – umarłabym gdyby SE zrobił kuku.
- „Ciasno w tym sklepie, że chodzić trza bokiem!
I z pomidorów wciąż macha sokiem.
- „Prawie podarłem kurtkę, a droga!”
Aż łezka się kręci. Oj, olaboga.
- „Do kierownika! Do kierownika! Czapkę chcę taką co dobra i styka! Sam nie obsłużę się, mowy nie ma!”
No, co tu kryć… Po prostu ideał!
- „Dobrać, założyć – założyć, dobrać!
Jejku. Nie ścięłam o brzasku bobra. Taka okazja, taki mężczyzna…
Po chwili Książę miłość mi wyznał:
- „Zły z Pani doradca! Spóźniony jestem. Weź dobierz mi czapkę normalną wreszcie! I lustro zbyteczne, mam osobiste!”
Szczere, życzliwe, piękne. Zaiste.
- „A w innych sklepach tańsze badziewie? Jakie są jeszcze, bo tego nie wiem. Tutaj w rozmiarze jednym i wielkim!”
Na pewno to bajer jest na panienki…

Nagle wybiła dwudziesta dwie. Książę bez słowa opuścił mnie.
A może kiedyś powróci tu znów…
No, oby nie. Czapki z głów.

Prawo jazdy.

Bezawaryjny, masywny, żółciutki, nadjeżdża autobus – zapchany i… krótki. Czekają postoje go razy siedem, w tym niepokorny Dinozaur nie jeden. Lecą zakłady, się zacznie wnet.
Dziadu do Dziada: „Challenge accepted”.
Pierwszy przystanek – wsiada Babina, pomiędzy ludźmi przemyka, wywija. Biegnie czym prędzej na miejsce siedzące – akurat wolne, wygrzane, pachnące.
Drugi przystanek – świątynia wita – wypełza Moherów gang, gromada, świta. Ruszają w stronę krzyża i księdza – to je pobudza, to je napędza.
Wtenczas wymiana jest różańcowa – pełen Wapniaków dyliżans od nowa. Beretem cisną na stanowiska, aż chroboczą gnaty i rzężą łożyska.
Trzeci przystanek – dworzec PKP. Piernik nie rusza zada. Oj, nie. Młodzież ledwo odbyty mieści, którymi sterczy do sędziwej reszty.
- „Jurni, smarkaci, niewychowani! Niech sobie stoją, my też żeśmy stali!”
Czwarty przystanek i znowu nic. Seniorzy niezmiennie goszczą swą rzyć. Pilnują terenu jak mszy świętej w niedzielę, co na ów trasie największym ich celem.
Piąty przystanek – zamieszki w pojeździe: lecą obelgi, szczęki gdzieniegdzie. Antyki zwinnie zad przemieszczają, gdyż bardzo wiekowi i mają prawo.
Szósty przystanek – stacja za rogiem. Zaraz Starzyzna połączy się z Bogiem. Siaty do startu już niemal gotowe, szybko trza jeszcze ozdobić głowę.
Pompony w górę, czas na powstanie, oto nastąpił siódmy przystanek.
Koniec wycieczki. Nie wsiądzie już nikt. Pętla i … cmentarz.
Mission complete.