Pisiont flaszek Chleja.

Chlej – brodacz spod warzywniaka,
Budki takiej zielonej,
Był znany w okolicy,
Jako alko-pionier.

Chlej ksywę ową dostał,
Bo respekt miał dość wielki,
Do wszelkiej, bez wyjątku,
Czcigodnej butelki.

Każda bez skrupułów
Się przy nim otwierała,
Wkładał jej palec w szyjkę
Aż piana wypływała.

Masował etykietę,
Na butelki łonie,
Wtem ta odpływała,
W rękach na sam koniec.

Gładził ją palcami,
Po zielonej strefie,
To podobno Chlej,
Robił właśnie najlepiej.

Chlej nie znosił pustych,
Puste, to te najgorsze,
Widział dno w nich tylko,
Bywał wtedy łotrem.

Rzucał je do śmieci,
Bardzo perwersyjnie,
Działał szybko, sprawnie,
Rzucał je seryjnie…

Tak stał się Chlej legendą,
A flaszki? O nim marzą,
Bo nawet, gdy tłukł wszystkie,
Wychodził z tego z twarzą.

Death Proof.

Wali trupem, trupem wali,
Wszyscy żyją, wszyscy cali!
Same Zombie po weekendzie,
Ciemno wszędzie, głucho wszędzie…
Do trumienki make-up robię,
Nie przed świtem – po zachodzie.
Z siekierami drwali słyszę,
Kornik już do snu kołysze.
Choć do dechy czuję niesmak…
Zawsze będzie ze mnie deska.

Drugi plan.

Mała szmatka z dużą szmatą,
Stanęły do zdjęcia,
I tak się zastanawiają,
Która jest piękniejsza.

Mała szmatka – jak to szmatka,
Trochę nadszarpnięta,
Wszak ta duża – zmechacona,
Ale wniebowzięta,

Bo ją jakiś chłop dziarany,
Deptał, na niej wierzgał,
Więc ją mniejsza podpierała,
Aby ta nie zeszła.

Kiedy nadszedł kres pstrykania,
W dużą strzelił foch,
Gdyż się nagle okazało…
Robiła za tło.

Gość.

Odrodziłam się na nowo,
Dajcie wodę tu święconą,
Lekko gardło nią nakropię,
Co plugawe – to utopię.

Zarżnę wszelkie nieczystości,
Urodzajnie, sama, bez gości…

Straszna kara i pokuta,
Słoma aż wystaje z buta,
Gardło było me skażone,
Dużo wlało się święconej.

Dziś zagościł Kacenjamer…
Czekam dnia, gdy zmartwychwstanę.