Ręczna robota.

Jest takie coś,

Co w rękach kobiety,

Znajduję się rzadko

Lub często. Niestety.

Zależy w sumie,

Czy owa baba,

Do pościskania,

Chętna i rada.

Jeżeli gotowa

Jest i na siłach,

Pod nosem staremu,

Będzie tarmosiła.

W pełnym skupieniu,

Aż dojdzie do sedna.

Czeka na efekt

Nie ona jedna.

Gdy kulminacji,

Nadejdzie moment,

Wtedy ta chwila

Się staje przełomem.

Pełna ekstaza,

Lub zawrót głowy.

Takie to skutki

Ma… test ciążowy.

Super Moc.

Alkohol, to taka potęga,

Co zmienia stabilność człowieka,

Miast go postawić na nogi,

Ćwiartuje, huśta i sieka.

Ofiara już rozbujana

Przemawia w kilku językach,

Wtedy potrzebny translator,

By się z przekładem borykać.

Śmiertelnik na rauszu rzeczonym,

Ma obraz świata podwójny,

On jeden wie doskonale,

Czym staje się gwóźdź do trumny.

Istnieje wszak jedna zaleta,

Wręcz super moc jest nadana,

Pod wpływem magicznej cieczy,

Osobnik chodzi po ścianach.

Więc na jaw teraz wychodzą,

Fakty gorzkie i smutne,

Że każdy super bohater

Ratuje ludzkość po wódce.

Wyznanie jedynaka.

Od kiedy pamiętam, to nie wiem…

Lecz zawsze wielbiłem tę liczbę jeden,

Zaczęło się w czasach młodości,

Poszedłem do szkoły – na Jedności.

Choć byłem skarbnikiem i znałem zaimki,

Z budy wyniosłem same jedynki.

Studia – wiadomo – szansy znikomej,

Więc pomyślałam: „ Raz jeden coś olej”.

Pracę znalazłem bez wprawy, zawodu,

Wynagrodzenie – jedynka z przodu.

I jakoś trwałem tak do pierwszego,

Wiedziałem, że starczy i żyłem tą wiedzą.

Lata mijały, egzystowałam sam, jeden,

Marzyłem, by w końcu poznać kobietę.

Chodziłem po barach, po dyskotekach,

Wszędzie widziałem w parach człowieka.

Jak w tej piosence, co Sidney nawinął,

Chciałem otwierać wino z dziewczyną.

A, że wakacje i wszyscy się pieprzą…

Postanowiłem wziąć pierwszą lepszą.

Zatem znalazłem jedyną, co skora,

Będąc prawiczkiem – upchnąłem pisiora…

To był raz pierwszy i chyba ostatni,

Jako jedyny – mam pięcioraczki.

Można?

We wsi niedużej,

Kilometr od Krosna,

Dyndała w kroczu

Pokaźna moszna.

Właściciel znany,

Z uwagi na rozmiar,

Imienia dwa dano:

Bożydar Radosław.

Tak – dar to boży,

A żona radosna,

W jej rękach spoczywa,

Kulka rozkoszna…

Wszak razu pewnego,

(To była wiosna),

Na drodze szczęścia,

Stanęła sosna.

Weszła jak w masło,

I zaczął się koszmar,

Spuchła fatalnie.

Niewinna moszna.

Właściciel – sknera

Chcąc szybko, po kosztach.

On samoistnie,

Tej mosznie sprosta.

Okłady robił

W rumianku i octach,

Niestety dalej,

Moszna mu rosła.

Zaczęła pęcznieć,

Rwać – bezlitosna!

Chociaż agresji

Nie było poszlak.

Dla żony nie kłopot

Ów bańka miłosna,

Od Radosława,

W pizdu nie poszła.

I teraz każda

Stara zazdrosna,

Chce by jej chłopu

Też spuchła moszna.

Więc we wsi niedużej,

Kilometr od Krosna,

Na każdym kroku,

Stanęła sosna.

Skwarka.

Kto Ty jesteś?

Jam Lachonek.

Jaki znak Twój?

Silikonek.

Gdzie Ty mieszkasz?

Ja? W solarium.

W jakim kraju?

W Lachonarium.

Czym ten kraj?

Moim upałem.

Czym zdobyty?

Kozaczkiem białym.

Czy go kochasz?

Kocham, o żesz!.

A w co wierzysz?

W lampy nowe.

Czymś dla kraju?

Dziewczę czarne.

Coś mu winna?

Oddać karnet.