Krystyna – reaktywacja.

Z tytoniu powstała
Jak Feniks
Krystyna.

Żona Starego
I Matka
Syna.

Ziejąca ogniem,
Srająca
Żarem.

To nie jest nałóg.
Tylko
„Mam talent”.

Okno otwarte.
Płuca
Gotowe

Wystawia Krystyna
Przez lufcik
Głowę.

I dymi i kopci,
I parę
Puszcza

Oto Krystyny
Poranna
Uczta.

Fajka za fajką,
Szluga za
Szlugą…

Zaczęła sąsiadka
Już paczkę
Drugą…

Parapet topnieje.
Skończyła się
Paczka

Popadła w rozpacz
Nadworna
Palaczka

Stary nie ruszy
Zada:
„Po prostu

Sama SE Kryśka
Zapieprzaj do
Kiosku!”

Tak chamsko, wulgarnie
I nie do
Pary

Olał Krystynę
Jej własny
Stary.

Ja jednak dodam
Z całego
Płuca:

Z zapałką
Innej by takiej
Szukać!

Paląca istoto!
Substancjo
smolista!

Krystyna, Ty jesteś
Wręcz
Zajebista!

Krystyna – początek.

Krystyna – zza ściany sąsiadka. Gruźliczka na wyższym poziomie. Gdy otworzy swój gębofon drzemki kres i koniec. Charczy, chrząka, chrzani mnie i nie zauważa, daje koncert prosto z okna, środowisko skaża. Rytualnie pali faję – tak, co dwa kwadranse. Karmi płuca nikotyną w nieprzerwanym transie. Dym unosi się na prawo, wprasza w zacne progi, atakuje nozdrza, czuję – papieros to niedrogi. Wiem, że zaraz, wnet, za moment, doznam większych męk, bo usłyszy małżowina taki oto dźwięk:

- Elo Krysia! Krysia elo!! Przestań tłuc kotlety! Choć na spacer, moja droga! Wyjdź no spod rolety!

Przyjaciółka jej najdroższa nie zawiodła znowu i pod parapetem czekała w pogotowiu…
Wyszła Kryśka więc do okna, by przywitać „swoją”, co podobno budzi respekt bawełnianą zbroją.

- Jak tam Ryba, mój chłop w pracy, przyłaź, no, na kawę!

- Ty chodź do mnie, Krysia proszę, przed starym mam obawę!

- Przecież mówię, że go nie ma, w robocie do piętnastej, choć na fusy, mówię Tobie, poczęstuję ciastem!

- Nie, Krystyna, ja nie wchodzę, jeśli masz ochotę, to Ty do mnie dawaj szybko – zaraz, a nie potem!

- Spieprzaj Ryba, do cholery, kartofle właśnie wstawiam, bo staremu obiad trzeba – od początku mawiam.

- No, nie kłóćmy się Krystynka – szkoda znajomości – a Ja tylko bardzo chciałam u siebie Cię ugościć..

- Jakie sprzeczki, ocipiałaś?! Toż, to jest rozmowa! Idę w gary, Ryba, idę, staremu ugotować.

I zniknęła tak sąsiadka – jednak nie na długo – zaraz z kuchni powróciła z odpaloną szlugą. Cztery buchy i  pujara na czarną godzinę, a godzina ta nadchodzi – nie kłamię – wręcz, co chwilę. W okamgnieniu pod witrażem wyrosła inna znajoma, która wielce i piekielnie była rozdrażniona:

-  Słuchaj Kryśka, nie dam rady, mój chłop to mnie wykończy; ciągle siedzi przed ekranem i te piwsko sączy. Tylko chodzę i podaję – podaję i chodzę, a on jeszcze mi bezczelnie, żebym na jednej nodze!

- Ja staremu nic nie robię, oprócz, wiesz, obiadu. Czasem kupię stare jabłka – oby się nie zatruł. Zrób tak samo, kup owoca, mięso, jakiś nabiał, a jak będzie truł Ci dupę powiedz żeby spadał! Mówię Tobie, z chłopem tak trzeba, słuchaj się mnie Ryba i zobaczysz skończy jęczeć, skończy mówię…. Chyba.

- E tam Krysia, tak nie mogę, bo mój chłop to padnie – zjeść porządny obiad musi… A Kryśka! Nie zgadniesz…

I tak w kółko i bez końca, wieczny bełkot i mamroty… Zamiast ględzić mi pod oknem, niech się wezmą do roboty!

Krystyna, to nie Twoja wina!

„Krystyna śpioszku!” – psiapsiółka wzywa pełznąć w stronę lufcika – idzie ostrożnie, mijając psie kupy, po czym gwałtownie znika. Stanęła w dołku i w dołku zostanie – słyszę żale głębokie. Krystyna spojrzy, Krystyna rzuci, ogarnie to fachowym okiem. Krystyna do tego prawdę jej powie, pochwali kwiecisty kapelusz, co głowę przyzdabia niestety tylko w tymże wspomnianym celu. Krystyna zaprosi na ciasto, herbatę, odpali szluga w pokoju. Krystyna zawsze przy oknie czuwa w odświętnym, wyjściowym stroju… A Ryba podąża za słowem wodza – słucha, rozważa, przyswaja… Krystyna czasu, oj, nie marnuje – z dymem kolejna faja. Pali i mówi, mówi i pali, mówi paląc – nie głupa – ciekawe, kto pierwszy „czynny’ czy „bierny” zdobędzie ów poziom trupa…

Rady, sugestie, wskazówki, rebusy i w końcu jest – eureka! Wszak Ryba przerywa ciętą ripostą: „Idę, bo stary już czeka”.

„Monolog do K.” – niech serce me zna.

„Halo, Krystyna – Krysiu najdroższa – dni cieplejsze nadchodzą; ptaszęta jodłują, słońce oślepia… Lub pogodynki dowcipem Nas zwodzą. Wszak Ja się raduję na ową aurę, gdyż wyjdziesz z dziupli, z letargu i powędrujesz krokiem rozlazłym, aby nasmrodzić tym razem w parku. Zresztą zatruwaj co dusza zapragnie, byle nie okna po prawej, a jeśli w końcu się dostosujesz nie będę pisać o Tobie rozprawek. Nie będę zrzędzić, że charczysz po nocach trącając moje bębenki i widząc braki w jamie paszczowej się nie odwołam do sztucznej szczęki. Zostawię w spokoju felerny beret i słynną, czerwoną pomadkę, a na dodatek przedstawię Cię jako – wziętą na dzielni klawą sąsiadkę! Nigdy też więcej nie wywnioskuję, że w Twe owłosienie uderzył piorun…

Zastanów się nad tym Krystyna. Powtarzam: zastanów się. Bez odbioru”.

Krystyny imieniny.

„Imienny dziś Krystyna przypadają Twoje, więc daruję z tej okazji sobie owe paranoje: możesz charczeć, kasłać, grzmocić – ileż płuco przystanie. Możesz kurzyć, ćmić, popalać – nim wykopcisz trefne faje. Możesz trąbić, wyć i huczeć ze znajomą z okna, nosić futro podziobane, możesz być okropna…

Zresztą przecież możesz wszystko, wszystko możesz Krysia, lecz pamiętaj sąsiadeczko, że to tylko dzisiaj!”