Para-stan.

Parawan – kawałek szmaty,

Co w piachu stoi od rana.

Leży za nim cycaty

Pan i żona ów Pana.

Parawan chroni przed gapiem,

A gapią się na nich wiecznie,

Bo palcem jeżdżą po mapie,

Non stop są na wycieczce.

Byli we Włoszech, w Brukseli,

Ostatnio nawet i w Tokio,

Choć tam się trochę nacięli,

Niezwykle gwarno i tłoczno.

Więc kciukiem stanęli nad morzem,

Polskim Bałtykiem czystym,

Sądząc, że o tej porze,

Spać jeszcze będą wszyscy.

Niestety o słońca wschodzie,

Turystów więcej niż w Tokio,

Zapomnieć raczą o wodzie

W tym roku już nie odpoczną.

Mapę migiem zniszczyli,

Lecz w sumie zostali – nie z niczym,

Parawan swój rozłożyli…

W publicznej piaskownicy.

Epidemia handlowa.

Analfabetyzm – choroba zakaźna, przenoszona drogą odzieżową.
Objawia się brakiem czytania ze zrozumieniem.                                                                     I agresją.
Chorobę cechuje również drżenie rąk, wywołane depresją pourazową, oraz powiększone oczodoły.
Najczęściej występuje, podczas gorączkowych promocji i wyprzedażowych drobnoustrojów.
Szczególnie zauważalna u rodzin wielodzietnych i nieprzystosowanych Niemców.
Osoby zarażone, nie konsultują się z lekarzem, ani ze słownikiem ortograficznym.

Uwaga! Nieleczone schorzenie może prowadzić do kalectwa mózgu.

Gargamelica.

Mimozo, mimozo,
Tyś próżna,
O zgrozo.

Stoisz i stoisz.
W duchu.
Pierdolisz.

„Dzień dobry, dziękuję”
Oj, nie znasz.
Ni chuja.

Marszczysz swą
glacę:
„Gotówką zapłacę”.

„Upusty, upusty!”.
Babsztyl.
Bezduszny.

Tak wciąż przy kasie,
Trwa w tym
Ambarasie.

„Nie będzie zniżki?!
Więc cofam
Walizki”.

Zabiera big rowa.
I odchodzi.
Bez słowa.

Przykro i smutno,
Gdyż powróci…
Jutro.

Prawo jazdy.

Bezawaryjny, masywny, żółciutki, nadjeżdża autobus – zapchany i… krótki. Czekają postoje go razy siedem, w tym niepokorny Dinozaur nie jeden. Lecą zakłady, się zacznie wnet.
Dziadu do Dziada: „Challenge accepted”.
Pierwszy przystanek – wsiada Babina, pomiędzy ludźmi przemyka, wywija. Biegnie czym prędzej na miejsce siedzące – akurat wolne, wygrzane, pachnące.
Drugi przystanek – świątynia wita – wypełza Moherów gang, gromada, świta. Ruszają w stronę krzyża i księdza – to je pobudza, to je napędza.
Wtenczas wymiana jest różańcowa – pełen Wapniaków dyliżans od nowa. Beretem cisną na stanowiska, aż chroboczą gnaty i rzężą łożyska.
Trzeci przystanek – dworzec PKP. Piernik nie rusza zada. Oj, nie. Młodzież ledwo odbyty mieści, którymi sterczy do sędziwej reszty.
- „Jurni, smarkaci, niewychowani! Niech sobie stoją, my też żeśmy stali!”
Czwarty przystanek i znowu nic. Seniorzy niezmiennie goszczą swą rzyć. Pilnują terenu jak mszy świętej w niedzielę, co na ów trasie największym ich celem.
Piąty przystanek – zamieszki w pojeździe: lecą obelgi, szczęki gdzieniegdzie. Antyki zwinnie zad przemieszczają, gdyż bardzo wiekowi i mają prawo.
Szósty przystanek – stacja za rogiem. Zaraz Starzyzna połączy się z Bogiem. Siaty do startu już niemal gotowe, szybko trza jeszcze ozdobić głowę.
Pompony w górę, czas na powstanie, oto nastąpił siódmy przystanek.
Koniec wycieczki. Nie wsiądzie już nikt. Pętla i … cmentarz.
Mission complete.