Karnawałowo z głową.

Od Trzech Króli snuję plany,
Słucham bliskich, intuicji,
Gdzie wyruszyć mogę w tany,
Mając budżet krztynę niski.

I tak dumam, i tak siedzę.
Pranie mózgu, noc bezsenna.
Przemyślałam kilka niedziel,
Z braku ofert głowa pęka.

Wnet uknułam (wielkie brawa),
Pomysł w sam raz na tę porę.
Spędzę owy, ów karnawał,
Hucznie przed telewizorem.

Bez wyskoków i bez trunków,
Racjonalnie, trzeźwo, zdrowo
Będę szaleć w tym kierunku
Aż po środę popielcową!

Ps. Znając siebie – zmienię zdanie,
Gdyż to jakiś nonsens, bzdura,
I skwituję czcze gadanie
Jednym, krótkim słowem: „Akurat”

Do Starego.

Sylwestrze – stałeś się taki wybuchowy…
Szczególnie, gdy wybiła dwunasta.
Uderzyłeś mnie butelką w głowę.
Cholera jasna!

Między nami nie było fajerwerków,
Zaiskrzyło tylko przez chwilę:
Po spożyciu miliona bąbelków
Jaśniałeś drugim promilem.

Podobno już nic nie pamiętasz..
To chyba są jakieś kpiny!
Zabieraj zwłoki na cmentarz,
Zrywam Nasze zaręczyny!

List do „Świętego Husband-a”.

Nie lubię słuchać o piątej nad ranem:
„Po co Ty wstajesz tak wcześnie, kobito?!”
Dla Ciebie się budzę z kurami Kochanie,
Nim wzejdzie słońce omiatam me lico.

Dla Twego dobra chwytam za pędzel,
Ubarwiam usta, pudruję nos…
Chcę zamalować widoczną Jędzę
Mimo iż siwy wystaje już włos.

Nie lubię także, gdy stale krzyczysz
„Ile to można chodzić po sklepie?!”.
Jam żoną łowcy – szukam zdobyczy
I staram się robić to jak najlepiej:

Tu węszę, tam tropię, zarzucam sieć,
Poluję i chwytam wnet w dłoń ofiarę.
Tak bardzo chciałam zwierzynę ów mieć,
To futro z norek szyte na miarę!

Najbardziej nie znoszę, małżonku drogi,
Jak mi przełączasz MOJE seriale,
A kiedy dzieci trza w nocy spłodzić.
Wtenczas dosłownie mam wyjebane!

Później się dziwisz, że my bezdzietni,
Przed znajomymi okropnie Ci wstyd.
Daj mi obejrzeć ten „film” wieloletni,
Wtem o sto procent poprawisz swój byt!

Gary, gary losu…

Tłuką gary się nieznośnie, tłuką gary się dotkliwie: w kubku dawno coś wyrosło, choć do zlewu miał najbliżej. Patelenka w tłuszcz obrosła – przykrył ją treściwy smalec – teraz chamsko pokazuje swój środkowy, tęgi palec. Czajnik gwiżdże na te zwady i olewa wszystko wrzątkiem – jeśli ktoś mu dziś podskoczy puści parę na pamiątkę. Wałek w wała wiecznie leci, nie chce ciasta zgłębiać dalej, gdyż się później okazuje, że to kurwa był zakalec.
Chochla siedzi i tankuje, żłopie zupy trzecią misę, ów widelec też chciał chlapnąć wszak dla sztućców jest penisem. A nóż… kroi coś na lewo – pewnie jakaś czerstwą bułę, aby z roztopionym masłem wypatroszyć ją na spółę. Talerz leży na suszarce i jej suszy już dzień czwarty, bo zakochał się idiota w tym plastiku nie na żarty…
Rondel z kotłem się gotują, czarno te pichcenie widzą i bezsprzecznie, niewątpliwie głośną myślą: „ALE BIGOS!”.