Kilka słów… Czapki z głów!

Dziecko: istota poczęta z damskiego krocza. W dniu narodzin nieurocza. Odseparowana od łożyska. Franek lub Franciszka. Niemowlę, bobas, bachor – nie pomoże żaden znachor. Piegowate, ciemnego lica. Z cycem i bez cyca, z penisem, bez penisa – chłop się starał czy nie spisał? Ładne bądź brzydkie wielce. Chude, z pokaźnym cielskiem. Planowane, cud i wpadka. Cały ojciec, cała matka. Głodomór, smakosz, niejadek. Pokraka i kaskader. Szczerbaty, białego zęba. Buźka, pyszczek, gęba. Aniołek, Diabła wcielenie. Nagroda, czasem brzemię. Pracowity albo leń…

Niech się cieszy – ma swój dzień.

Oto chwila – czas na grilla!

Maj, maj, maj…. Majóweczka. Bal na łonie po łbie krąży. W rękach siata wypełniona butlą Warki tudzież Łomży. Drugi wór na garbie Osła pęka w szwach niezbędnych rzeczy: chleb, musztarda, nóż, padlina, na przebranie strój kobiecy. Na komary spray, pod pachę, szlugi i magiczny koc, co przedwczoraj zapierdziany na balkonie spędził noc. Nieodłączony grill – wiadomo – pierwszorzędny sprzęt w plenerze. Kto ma grilla – ten tu rządzi, kto ma grilla – ten jest Prezes (jeśliś gościu z niższej półki, wtem nasłuchasz się krytyki i miast oddać mocz raz siódmy, będziesz ganiać po patyki). Ba! Rozpałka. Trza rozpalić zesztywniałe i logiczne jeszcze Pały, które za parówą z rożna w mięsnym sklepie się nastały.

Skoro prowiant spakowany, można ruszyć wreszcie zada, wziąć do grania coś – cokolwiek (po co cały wieczór gadać?), przygotować swą wątrobę, umysł, duszę, aby z puentą, niecodziennie, jak co roku, oddać sielsko się procentom…

Jednak, gdy już jest po wszystkim ów refleksja mnie nachodzi: „ Łatwo się na grilla wybrać, gorzej wręcz się z niego schodzi”.

There is no point – Wesołych Świąt!

Jajogłowy kurator zbaraniał wręcz w Biedronce, gdy zobaczył podwójnie kolejki różne końce. Chuj wie czy astygmatyzm dopadł go w markecie, czy skutek to złej diety – bo odchudza się przecie. Co tu zrobić pewnie myślał gładząc pierwszą łysinę, nadrabiając wytrzeszcz oczu i zmizerniałą minę. Postoi jak przystało stać biznesmenowi – miast słuchać intuicji – w radiu słuchał Myslovitz. Przesuwał się moonwalkiem zręcznie w kasy stronę, wierząc w moc promocji, by starczyło monet. Kosz wypełnił solą, chlebem świeżym średnio, szynką niby dobrą, biadoląc odpowiednio: „Proszę Pani, Panią proszę ze mną się nie droczyć, gdyż zakupy właśnie robię z okazji wielkiej nocy. Noc to wielka, z tej przyczyny, migiem już tłumaczę… O żesz w mordę, toż to święta, w ogóle, co Ja pacze!”

Ów przypadkiem Jajogłowy wziął w troki swoje jaja, bo ktoś musi je poświęcić – obecnie, właśnie, zaraz! A jeśli z poświęcenia wyjdzie istna ruja, niech krzyczy wniebogłosy, niech wyje –  Alleluja!

Wigilia, mój Boże – Filantrop pomoże!

„Piszę ten list Mikołaju brodaty, gdyż wierzę w Twoje istnienie. Kupiłam ostatnio „Blaszaka” na raty i mam takowe marzenie: abyś miast pudła w czerwonej bibule, rózgi i wora słodyczy, spłacił ów kredyt, choć niewielką pulę… Czy mogę to sobie zażyczyć? Nie martw się proszę o biurokrację – Ja wszystko załatwię sama, bo przecież Naszą wyróżnia to nację: burdel w papierach, kolejki od rana. Wyślę co trzeba do dzianej Laponii kurierem z najszybszym susem, tylko mój Święty, weź nie zapomnij: rozlicz się także z Fiskusem!”

Święta, święta! Daj procenta!

Kura, jajko – jajko, kura i na stole awantura. Bitwa, wojna o kiełbasę, bo ten dużo ma za pasem, a gość drugi pali szlugi i popija wszystko Colą. „Niech się wszyscy odpierdolą!” – krzyczy nawalony teść – „Trzeba pić i trzeba jeść, w końcu jest okazja – święta!”. Rzuca w oczy się nietknięta flaszka z zeszłorocznej biby – „Czemu pełna ma stać niby?”. Polej matka, chlapnij zdrowo, by w Wielkanoc kolorowo Nam leciały piękne dzionki” – ot życzenia dla małżonki. „Daj buziola, machnij pyska!” – czysta po kielichach tryska. Bigos czeka na spożycie. Syn już rozpoczyna tycie. Cztery kilo. Jest nadwaga. W ustach setki woń i zgaga. Butla, to sponsor imprezy – tak, jak obiecany nieżyt. Wszak rodzina, cóż w komplecie; raz przy stole, raz w Wc – ecie. Do południa bliscy pas… To nieważne, gdyż świąt czas.