Chcesz w dziób?

Mały dzióbek
Wyrwał z gniazda,
Na obrzeża
Swego miasta.

Gdy tak frunął
Dzióbek mały,
Inne ptaszki
Mu śpiewały:

„Mały dzióbku,
Dziób, dziób, dziób,
Weź nie świergocz.
Swoje rób.

Mały dzióbku
Taś, taś, taś
Na kolanka
Proszę paść.”

Mały dzióbek,
Cip, cip, cip
Szybki, sprawny
Działał w mig.

Mały dzióbek
Ćwir, ćwir, ćwir.
Jajka znosił
Zwiał mu tir.

Mały dzióbek
Wrócił do gniazda
Przed obrzeża
Swego miasta

Wnet dzióbkowi
Urósł spód,
Tak dostawał dzióbek
W dziób.

Prawo jazdy.

Bezawaryjny, masywny, żółciutki, nadjeżdża autobus – zapchany i… krótki. Czekają postoje go razy siedem, w tym niepokorny Dinozaur nie jeden. Lecą zakłady, się zacznie wnet.
Dziadu do Dziada: „Challenge accepted”.
Pierwszy przystanek – wsiada Babina, pomiędzy ludźmi przemyka, wywija. Biegnie czym prędzej na miejsce siedzące – akurat wolne, wygrzane, pachnące.
Drugi przystanek – świątynia wita – wypełza Moherów gang, gromada, świta. Ruszają w stronę krzyża i księdza – to je pobudza, to je napędza.
Wtenczas wymiana jest różańcowa – pełen Wapniaków dyliżans od nowa. Beretem cisną na stanowiska, aż chroboczą gnaty i rzężą łożyska.
Trzeci przystanek – dworzec PKP. Piernik nie rusza zada. Oj, nie. Młodzież ledwo odbyty mieści, którymi sterczy do sędziwej reszty.
- „Jurni, smarkaci, niewychowani! Niech sobie stoją, my też żeśmy stali!”
Czwarty przystanek i znowu nic. Seniorzy niezmiennie goszczą swą rzyć. Pilnują terenu jak mszy świętej w niedzielę, co na ów trasie największym ich celem.
Piąty przystanek – zamieszki w pojeździe: lecą obelgi, szczęki gdzieniegdzie. Antyki zwinnie zad przemieszczają, gdyż bardzo wiekowi i mają prawo.
Szósty przystanek – stacja za rogiem. Zaraz Starzyzna połączy się z Bogiem. Siaty do startu już niemal gotowe, szybko trza jeszcze ozdobić głowę.
Pompony w górę, czas na powstanie, oto nastąpił siódmy przystanek.
Koniec wycieczki. Nie wsiądzie już nikt. Pętla i … cmentarz.
Mission complete.

Na haju w nie-tramwaju.

Jadę, pędzę autobusem – miejsce mam stojące. Z prawej suty po czterdziestce, a po lewej prącie. Przodem stoi i się klei dzieciak z lodem w ręku (jakby nie mógł owej gały wciągnąć na przystanku). Tyły dość zabezpieczone – z bliźniakami wóz. Prącie z lewej coraz bliżej, w sumie to tuż, tuż (gdyby młode genitalia – jakoś bym rzecz zniosła, jednak narząd ów na rencie i do tego prostak). Suty zaraz wybywają – znikną pierwsze troski. Pewnie śpieszą po cyckonosz – stop – namiot w promocji. Otworzono drzwi w pojeździe – zmiana pasażerów. Wsiadła banda po procesji, wysiadło niewielu. Jakieś włochy rozczochrane atakują potem. Gruba szyja obwieszona pozłacanym złotem. Wyrażają swoje żale mi nieznaną gwarą. Jest w powietrzu zawiesina przepełniona siarą. Jeszcze tylko dwa przystanki tejże strefy gazu. Gówniarz dalej zżera loda – nie widzi zakazu. Światła, kurwa, znów czerwone… Niech otworzą okno! Coraz bliżej już do celu, coraz bardziej tłoczno. Prącie czai się do startu – Ja mu wystartuję! Niechaj czeka na swą kolej jak jest takim… gburem. Kręci mi się trochę w głowie przez wszystkie opary. Po co zioło? Po co grochy? Takie czary mary!

Zajechała wnet „dżdżownica” na wyśnioną pętlę. Teraz jak się nawdychałam, to wysiadać nie chcę!

Jaka era – taka sfera.

Przyjęłam na klatę kość ogonową,
Kość Tyranozaura,
Ukryłam kończynę z niewinną sową,
Aby Godzilla mi ptaka nie zżarła.

Przygniótł mnie ciężar czterech liter.
Wielkich – raczej nie małych.
I one były wręcz nieumyte,
Czułam, gdy się wypinały.

Dzielnie stawiałam czoła i nozdrza,
Mięsożernemu stworzeniu
I potylicę cofnęłam z ostrożna,
Bo ile można podążać w cierpieniu…

Czekałam chyba lata świetlne,
Aż Gad wypchnie swą tusze…
Rzecz działa się – oto najlepsze:
Nie w Kredzie, lecz w autobusie.

W PKP – wojak? NIE!

Jedzie po torach lokomotywa, w niej grupa wojskowych – palantów zgrywa. Pierwszy w pasiastej koszuli polo dziurę ma w spodniach, nogi go bolą. Drugi – w binoklach się zgarbił mocno i głowę swą oparł o deskę pomocną. Trzeci – cherlawy zajada pieczywo, się najebawszy zgłodniał o dziwo. Czwarty – Boss paczki przyodział pierścień – będzie chwalony za to na mieście. Piąty i szósty z przodu, na czatach – kryją na dymku kolegę buraka.

Stanęła na stacji lokomotywa – w niej trepów gromada do snu się wyrywa. I cisza i spokój. Ład i posucha…

„Ej, prymitywność – oddaj fartucha!”

Ruszyła ponownie lokomotywa – w niej dalej żołnierka palantów zgrywa. Alkohol tryska, kurwy z ust płyną, zachwyt w rozkwicie rudą dziewczyną. Ten siedzi, ten stoi, ten dupę zawraca – razem jak jeden „elita” się stacza…

Tak oto kompanów w komplecie szóstka (ot, podejrzewam, że wpadła przepustka), muzyki słucha w za głośnym tonie – zapewne dla szpanu w kradzionym I’Phonie. Suchary suchsze niż czerstwe buły. Bezmózgie parówy i tępe guły. Zrozumieć – cóż – trzeba, lecz okraszę to słowem….

Inwalidztwo umysłowe.