Można?

We wsi niedużej,

Kilometr od Krosna,

Dyndała w kroczu

Pokaźna moszna.

Właściciel znany,

Z uwagi na rozmiar,

Imienia dwa dano:

Bożydar Radosław.

Tak – dar to boży,

A żona radosna,

W jej rękach spoczywa,

Kulka rozkoszna…

Wszak razu pewnego,

(To była wiosna),

Na drodze szczęścia,

Stanęła sosna.

Weszła jak w masło,

I zaczął się koszmar,

Spuchła fatalnie.

Niewinna moszna.

Właściciel – sknera

Chcąc szybko, po kosztach.

On samoistnie,

Tej mosznie sprosta.

Okłady robił

W rumianku i octach,

Niestety dalej,

Moszna mu rosła.

Zaczęła pęcznieć,

Rwać – bezlitosna!

Chociaż agresji

Nie było poszlak.

Dla żony nie kłopot

Ów bańka miłosna,

Od Radosława,

W pizdu nie poszła.

I teraz każda

Stara zazdrosna,

Chce by jej chłopu

Też spuchła moszna.

Więc we wsi niedużej,

Kilometr od Krosna,

Na każdym kroku,

Stanęła sosna.

Medal i on.

Zaprojektowałam medal,

Odznakę dla zwycięzcy,

Zwycięzcą jest ten,

Kto zwyciężył pierwszy:

Pierwszy pokochał

Zwierzęta świata,

I światu pomógł,

I pomaga nadal.

Nadaje głos,

Ważniejszym sprawom,

Sprawnie dryfuje

Między snem a jawą,

Jawnie wyklucza

Zło i zła przeciek,

Czynnie i dumnie,

Jest dobrym człowiekiem.

A medal wygląda,

Jak kula ziemska,

Aby pamiętać,

Że jest najważniejsza.

I nie jest ze złota,

Bo taka intencja,

Powstał po prostu,

Ze szczerego serca.

E-randka.

Pewna dzierlatka – młoda, nie – stara,

Szukała na jawie, ot z bajki księcia,

Lecz każdy książę miał budę, nie pałac,

Chwyciła się panna więc przedsięwzięcia:

Swym aparatem najnowszym, największym

Zrobiła selfie na wyspie Kreta,

Tak wyczesany krajobraz i piękny,

Umożliwiła jej fototapeta.

Pozostał jeszcze chwytliwy pseudonim,

Co to brakował tylko do szczęścia,

A, że jej profil do prawdy ma sto mil,

Nazwała się skromnie – Słodziak Dwadzieścia.

Ponadto, aby zaostrzyć apetyt,

Padła w opisie fantazja kolejna:

Wegetarianka, szczupła bez diety,

Otwarta na miłość i filuterna.

I jak grom z nieba – stos kawalerów,

Sugestie, zamiary i propozycje:

A to na spacer lub w innym celu,

Do tańca z gwiazdami, wyjazdów na misje…

Pisali do panny wciąż chętni mężczyźni,

Nie ważne jaka godzina i pora,

Łysi, wąsaci, otyli i dziwni,

Zgłosić musiała to do administratora.

Dla niej straszny ów ambaras,

Szef portalu wziął na miękko,

Sposób na ten problem znalazł

Włączył status: „CZEKADEŁKO”.

PS. Non stop czekali wszyscy faceci,

Na odpowiedź od dziewczyny,

Ona miała randkę w sieci,

Z bossem tej witryny.

Skwarka.

Kto Ty jesteś?

Jam Lachonek.

Jaki znak Twój?

Silikonek.

Gdzie Ty mieszkasz?

Ja? W solarium.

W jakim kraju?

W Lachonarium.

Czym ten kraj?

Moim upałem.

Czym zdobyty?

Kozaczkiem białym.

Czy go kochasz?

Kocham, o żesz!.

A w co wierzysz?

W lampy nowe.

Czymś dla kraju?

Dziewczę czarne.

Coś mu winna?

Oddać karnet.

Akcja! Segregacja!

Dawno, dawno, dawno temu,

Gdzieś na świecie, w jakimś kraju,

Ktoś wymyślił plan genialny:

Sortownie wszelkich odpadów.

Każdy się z miejscowych głowił,

Po co, na co i dlaczego,

Przecież – co je i zużywa,

Jest wyłącznie sprawą jego.

Zaszły spory, kłótnie, sprzeczki,

Awantury, niezłe draki,

Niech wychyli się ten śmiałek,

Ten, co wpadł na pomysł taki.

Więc na świecie, w jakimś kraju,

Rozpoczęło się zebranie:

„Proszę wskazać winowajcę,

Będzie dziś na pierwszym planie!”.

Ludzie stawiali zakłady,

Snuli tezy, podejrzenia…

Nikt się nadal nie przyznaje,

Winowajcy dalej nie ma…

Nagle – zerwał się wiatr silny,

Liście z drzew spadły gwałtownie,

Poruszenie, zamęt, wrzawa…

Wylądował helikopter.

Samolotu drzwi otwarto,

Wyszła cała delegacja:

Pojemniki kolorowe,

I królowa SEGREGACJA.

A królowa, jak królowa,

W piękne szaty przyodziana,

Aż mieszkańcy zazdrościli,

Tego królowej ubrania:

Kapelutek z małej blaszki,

(Mowa o aluminiowej),

A naszyjnik z pudełeczka,

Prosto po żywności zdrowej.

Płaszcz – z wielgachnej reklamówki,

Torba – z kartonu po mleku,

Buty piękne, szklane, cudne,

Z zeszłorocznych babci weków.

 Gdy już oko nacieszyły,

Tłumy ówże państwa,

To królową Segregację,

Myśl nieziemska naszła:

„Teraz Wam przedstawię,

Drodzy obywatele,

Moich współ-kompanów,

A jest ich w sumie czterech:

Pierwszy, co przyleciał,

Oto on jest, zatem

Ma kolor niebieski,

I uwielbia PAPIER.

Najbardziej czasopisma,

Gazety – nie rzadko,

Pochłania lektury,

Tylko z miękką okładką.

Lubi też kartony,

I biurowe pisma,

Tektury je mało,

Choć się nie chce przyznać.

Drugi z mych kamratów,

Jest żółty – caluśki!

Gustuje w butelkach,

Nadużywa PUSZKI.

Najlepiej po konserwach,

No i po napojach,

Chętnie je zakrętki,

Taki z niego chojrak.

Trzeci z towarzyszy,

Oj – nie lepszy wcale,

Zjada SZKŁO BEZBARWNE,

I jest barwy białej.

Wszak jest ciut wybredny,

Byle co nie tyka,

Spożywa opakowania,

Po szklanych kosmetykach.

Czwarty partner szajki,

Zawraca wiecznie głowę,

Gdyż pochłania wszystko,

Co SZKLANE I KOLOROWE.

Jest też bardzo czuły

Na otarcia, cięcia, rany,

Toteż nie przetrawi

Żarówek, porcelany.

I na tym poprzestanę,

Prezentację gości,

Proszę zażalenia,

Teraz do mnie rościć.

Wszystko w dobrej wierze,

Dla ochrony świata,

Wesprzyjmy POJEMNIKI,

Niech istnieją nadal!

Każdy ma na celu,

Zjeść inny odpadek,

Gdyby nie ich pomoc,

Kto dałby temu radę?”

Po takim apelu,

Mieszkańcy nic nie tracąc,

Grupowali śmieci,

KOSZOM dając pracę.

 A dzięki Królowej,

Pewnie już to wiecie,

Wspomniane miasteczko,

Najczystsze jest na świecie!